Jak przeszedłem z Krakowa do Santiago

Jak przeszedłem z Krakowa do Santiago

Camino z progu własnego domu od strony praktycznej.

środa, 7 listopada 2018

Podróże | seria Via Cracovia

Zgodnie z tradycją każdy bloger, który przejdzie do Santiago z progu własnego domu, powinien napisać jak to zrobił. Nie jest to żaden prztyczek w stronę blogerów - takich artykułów jest już kilka, ale każde camino jest trochę inne i styl pielgrzymki obrany przez jednego nie musi odpowiadać innym. Ponadto z biegiem czasu niektóre informacje się dezaktualizują i potrzeba je odświeżyć. Zatem oto mój poradnik, jak się do takiego camino przygotować. Nie będzie w nim jedynie informacji na temat ekwipunku, gdyż o tym pragnę napisać oddzielny artykuł.

Styl pielgrzymowania

Myślę, że przygotowywanie takiego camino warto rozpocząć od odpowiedzenia sobie na pytanie czego właściwie poszukujemy. Odpowiedź pomoże nam później w wyborze trasy, zaplanowaniu budżetu i w wielu innych kwestiach. Camino można przejść na różne sposoby: od skrajnie ekstremalnej opcji z minimalnymi funduszami i spaniem po lasach, do całkiem cywilizowanej wyprawy. Jednak w zależności od tego co wybierzemy, odnajdziemy w drodze coś innego i szkopuł w tym, by rzeczywistość nie rozminęła się z naszymi oczekiwaniami.

Od początku wiedziałem, że na tym camino chcę postawić na poznanie Europy: kultury, ludzi, historii. Swoją ekstremalność miałem już na wyprawach w Szkocji czy na norweskich Lofotach i doszedłem do wniosku, że tutaj będzie ona raczej przeszkadzać. Powiedzmy sobie bowiem szczerze: kogo spotkam w lesie? Co najwyżej zające i sarny. Zatem opcję ekstremalnych biwaków zostawiłem sobie jako awaryjną "na wszelki wypadek", a zamiast tego zabrałem się za poszukiwania noclegów dla pielgrzymów, campingów i hosteli. Drożej, ale to właśnie tam przez pierwszą część drogi spotykałem tych, na których mi zależało. Dlatego właśnie polecam rozpoczęcie przygotowań od odpowiedzenia sobie na postawione wyżej pytanie. W dalszej części artykułu będę pisał o obranym przeze mnie stylu pielgrzymowania. Jeśli natomiast czujesz, że sama odległość do pokonania jest dla Ciebie za mało ekstremalna, polecam lekturę podobnego artykułu na blogu Łukasza Supergana.

Trasa

Ilustracja
Białe kruki ze schroniska w Orthez - przewodniki po hiszpańskich trasach z lat 80. XX wieku oraz francuskojęzyczna książka o camino z lat 50.

Do Santiago da się dotrzeć z Polski, idąc wyłącznie oznakowanymi drogami Św. Jakuba. Gęsta sieć szlaków istnieje zarówno we Francji, jak i w Niemczech. Z południowej części Polski w teorii najkrócej jest przez Czechy i Szwajcarię, jednak musimy pamiętać, że wtedy będziemy iść przez sporo terenów górskich (w tym Alpy), które spowolnią naszą wędrówkę. Zależnie od obranej trasy oraz miejsca startu w Polsce do przejścia będziemy mieć od 3000 do nawet 4000 km. Planowanie mojej trasy rozpocząłem od zapoznania się z europejską siecią szlaków i dowiedzenia się, co poszczególne z nich oferują. Co zatem warto o nich wiedzieć?

We Francji mamy cztery główne szlaki, z których trzy pierwsze wprowadzają nas na Trasę Francuską w Hiszpanii. Podaję je w kolejności od tego idącego najbardziej z północy:

  • Via Turonesis - prowadzi z Paryża przez Tours i Bordeaux,
  • Via Lemovicensis - prowadzi z Vézelay przez Bourges i Limoges,
  • Via Podiensis - prowadzi z Le-Puy-en-Velay,
  • Via Tolosana - prowadzi z Arles (w pobliżu Marsylii) przez Tuluzę do Col du Somport w Pirenejach.

Pozostałe szlaki pełnią raczej drugorzędną rolę i służą do dostania się na jedną z powyższych dróg.

W Niemczech sieć szlaków została zorganizowana nieco inaczej. Jest ona dość gęsta i spójna, ale nie ma tutaj żadnej "zbiorczej" drogi, do której schodzą się wszystkie pozostałe. Kraj możemy opuścić na wiele różnych sposobów w zależności od tego, jak chcemy dalej wędrować i układ szlaków daje nam dość dużą swobodę w wyborze kierunku. Z polskiego punktu widzenia najważniejszymi drogami będą np. Via Regia, Via Baltica czy Via Imperii, przy czym należy pamiętać, że żadna z nich nie przeprowadzi nas w całości ze wschodu na zachód. Bardzo mało jest informacji na temat dróg jakubowych u naszych południowych sąsiadów - wygląda na to, że nawet jeśli w Polsce jest dociągnięty szlak do granicy, to później się urywa. Od spotkanych na trasie Słowaków dowiedziałem się, że w ich kraju proces znakowania dróg jakubowych już się rozpoczął i to tylko kwestia czasu, by utworzyły one spójną sieć. Jeśli jednak pokonamy te niedogodności, to w Austrii i Szwajcarii jest już dużo lepiej i bez problemu odnajdziemy tam szlaki, które pozwolą nam na trawers całego kraju.

Choć na mapie sieć szlaków wygląda imponująco, jakość ich utrzymania jest bardzo różna. O noclegach napiszę dalej, natomiast tu pragnę skupić się na kwestii ich oznakowania. Najlepsze oznakowanie mamy oczywiście w Hiszpanii oraz na wymienionych wyżej czterech francuskich drogach. Dzięki pracy miejscowych stowarzyszeń i wsparciu samorządów możemy po nich iść praktycznie bez konieczności sięgania po mapę bądź GPS-a. Na mniej uczęszczanych drogach poza Hiszpanią oraz w centralnej Europie z oznakowaniem bywa już różnie. Największą bolączką jest zbyt mała ilość znaków oraz w mniejszym stopniu - ich niewłaściwe rozmieszczenie. Ponadto sam system oznakowania nie jest spójny. Wprawdzie przyjęło się, że drogi oznaczane są piktogramem muszelki, ale w kwestii jego wyglądu, sposobu oznaczania zakrętów czy błędnych kierunków panuje już dowolność. Zdarza się nawet, że na jednym i tym samym szlaku współistnieje obok siebie kilka różnych systemów. Przykładowo, na Via Lemovicensis napotkamy symbole wzorowane na oznakowaniu francuskich szlaków długodystansowych GR (tyle że w innym kolorze), autorskie znaczki wymyślone przez tamtejsze stowarzyszenia oraz... drewniane słupki wokół skrzyżowań, których wzajemne ustawienie wskazuje czy mamy iść prosto, czy skręcić. Charakterystyczne żółte strzałki namalowane farbą spotykałem tylko w Hiszpanii oraz w polskich lasach. Dlatego zalecam, aby w tak długą wyprawę zabrać ze sobą odbiornik GPS bądź zestaw dobrych map.

Skąd wziąć informacje o trasach? Niestety nie ma jednego, uniwersalnego źródła - nie spotkałem się nawet z mapą, która obejmowałaby wszystkie istniejące w Europie obecnie szlaki. Materiały są porozrzucane po wielu różnych stronach internetowych i konieczne jest branie poprawki na ich aktualność. Oto kilka wybranych adresów, od których można zacząć. Korzystałem z nich przy opracowywaniu własnej trasy:

  • camino.net.pl - informacje o szlakach jakubowych w Polsce,
  • deutsche-jakobswege.de oraz siostrzany jakobswege-europa.de - informacje o szlakach w Niemczech i w okolicach wraz z interaktywną mapą oraz bogatym zbiorem śladów GPS podzielonych na etapy. Ślady dla tras niemieckich są bardzo dobre, ślad dla polskiego odcinka Via Regia ma podobną jakość, jak ten z camino.net.pl, tzn. w obu są pomniejsze błędy, ale w innych miejscach :). Bardzo natomiast odradzam ściąganie stąd śladów dla Via Lemovicensis, bo są ogromne rozbieżności miedzy nimi, a faktycznym przebiegiem szlaku w terenie. Możliwe, że dla innych francuskich dróg występuje podobny problem.
  • geo.viaregia.org - interaktywna mapa dróg jakubowych w Niemczech wraz z noclegami,
  • Informacji o francuskich drogach najlepiej jest szukać na stronach tamtejszych stowarzyszeń, np. vezelay-compostelle.eu. Dla Via Lemovicensis istnieje też dobry przewodnik anglojęzyczny dostępny za darmo w Internecie: santiago.nl/english

Dobrym źródłem informacji są także niemieckojęzyczne tzw. "żółte przewodniki" z serii OUTDOOR. Pokrywają one także wiele mniej uczęszczanych szlaków i zawierają dużo ciekawych informacji, których raczej nie znajdziemy w Internecie.

Budżet

Na podstawie doświadczeń z Camino del Norte sprzed trzech lat przyjąłem sobie budżet miesięczny w wysokości 1000 euro i po uśrednieniu udało mi się go utrzymać. Różnice zależały od tego, przez który kraj szedłem w danym miesiącu ze względu na różnice w cenach. Na noclegi wydałem łącznie 1630 euro, zaś pozostała kwota poszła głównie na jedzenie, a w następnej kolejności na środki czystości i - w paru przypadkach - dokupywany po drodze sprzęt. Czy da się taniej? Tak, da się. We Francji kilkakrotnie zdarzyło mi się nocować w hotelach - celowałem oczywiście w te tańsze, ale i tak taka noc to wydatek rzędu 40-50 euro. Postoje w hotelach należały raczej do "nieplanowanych". Przykładowo w Limoges chciałem zatrzymać się w klasztorze przy tamtejszej katedrze, ale po dotarciu okazało się, że wszystkie łóżka zostały wynajęte i dla pielgrzyma nie było już miejsca. Nie udało się także z noclegiem prywatnym - starszy pan, do którego kontakt podany był w przewodniku, powiedział, że ze względów zdrowotnych już nie przyjmuje pielgrzymów, bo nie jest w stanie się nimi zająć. Jednocześnie wiedziałem, że musiałem się w tym mieście zatrzymać, gdyż była to moja ostatnia szansa na znalezienie dobrego sklepu turystycznego i zakup nowych sandałów, których bardzo potrzebowałem. Podobna historia była w Chancelade. Grupa holenderskich pielgrzymów zarezerwowała wszystkie 8 łóżek w schronisku w Périgueux, a w klasztorze w Chancelade jak na złość akurat w niedziele nie przyjmowano gości. Chciałem biwakować na dziko, lecz okazało się, że absolutnie we wszystkich miejscach w pobliżu jakiejś wody stały domy. Pozostał hotel.

Najdroższy nocleg kosztował mnie 105 euro i wziąłem go w prawdziwym trybie awaryjnym. Był to pierwszy etap we Francji i na szlaku zaskoczyła mnie temperatura 36 stopni, podczas gdy miało być nieco chłodniej. Gdy dotarłem do celu - maleńkiej wioski Saint-Hubert - okazało się, że wszystkie rzeki przepływają przez pastwiska, gdzie z wody korzystały krowy. W takich warunkach, przy upale i bez dostępu do czystej wody nocleg na dziko był niemożliwy i gdybym się na to zdecydował, skończyłoby się to epicką katastrofą. W wiosce były dwa pensjonaty. Tańszy niestety był zamknięty, w a tym droższym powiedziano mi właśnie taką kwotę. Nie mając wyboru, wziąłem go. Zdołałem się umyć, położyłem się na łóżku by poczytać książkę i... obudziłem się 3 godziny później. Następnego dnia przy śniadaniu gospodarze powiedzieli mi z uśmiechem, że "faktycznie poprzedniego dnia wyglądałem na zmęczonego" :).

Najdroższym krajem, przez który przechodziłem, była Francja - widać to zarówno w kosztach jedzenia, jak i cenach noclegów. Niestety jej pokonanie wymaga też najwięcej czasu, co zobaczymy dalej. Następne w kolejności były Niemcy, potem Hiszpania i na końcu Polska. Poniżej podaję orientacyjne ceny za granicą. W Polsce noclegi dla pielgrzymów z paszportem były albo za darmo, albo donativo; kilkakrotnie spałem też po prostu u ludzi.

Noclegi:

  • Francja: na Via Lemovicensis ceny wahały się od 10 do 20 euro za noc (w wariancie najdroższym w cenie był obiad i śniadanie przygotowywane przez wolontariuszy). Trafiały się niespodzianki, gdy ktoś nie chciał pieniędzy, ale były to raczej wyjątki. Przy donativo oczekiwany minimalny datek to ok. 10 euro.
  • Niemcy: na Via Regia ceny oscylowały w granicach od 5 do 10 euro za noc. Na campingach wychodziło 9-13 euro.
  • Hiszpania: państwowe albergue mają nadal ceny w granicach 5-6 euro. Prywatne - ok. 12 euro (śniadanie bądź obiad dodatkowo płatne)

Wyżywienie dla 1 osoby, tj. obiad + śniadanie + coś na drogę:

  • Francja: zejście poniżej 10 euro jest chyba niewykonalne. Częściej płaciłem w okolicach 20 euro.
  • Niemcy: udawało mi się zejść poniżej 10 euro, ale często byłem delikatnie "ponad". Podczas fali upałów wydawałem dużo na picie (spożycie do 9 litrów płynów dziennie).
  • Hiszpania: podobnie, jak w Niemczech. W wielu restauracjach serwowane jest menu del peregrino za 8-11 euro, w skład którego wchodzą 2 dania, deser oraz napój.

Idąc samemu spotykałem się z problemem, że ciężko jest kupić składniki na obiad dla jednej osoby tak, żeby nic się nie zmarnowało. Rzecz wygląda zupełnie inaczej, gdy idziemy z kimś lub uda nam się znaleźć kogoś do wspólnego gotowania. Wtedy możemy zjeść dobry obiad za śmieszne pieniądze: od 2 do 4 euro na głowę w Hiszpanii. Dietę uzupełniałem, jadając co jakiś czas w restauracjach, lecz tutaj drugą motywacją była również chęć poznania lokalnej kuchni.

W budżecie musimy mieć też przewidziane wydatki na wyposażenie. W trakcie drogi kupiłem trzy pary sandałów, podkoszulek, buff, jakieś 5 kompletów cienkich skarpet (po 4-5 euro za komplet), polar (7 euro w Decathlonie), wkładki do butów, dwa ręczniki ( dwukrotnie je zgubiłem) oraz miskę (zostawiłem przez przypadek w schronisku).

Mówiąc o finansach warto zadbać o nasze metody płatności. Podstawa to karta walutowa - była ona jednym z powodów, dla których nie szedłem przez Czechy i Szwajcarię, gdyż w ten sposób nie opuszczałem w ogóle strefy euro i unikałem prowizji za wypłacanie pieniędzy z bankomatów w innej walucie czy kosztów podwójnego przewalutowania. Zakładanie dedykowanego konta we frankach mija się trochę z celem, a w przypadku koron czeskich nie wiem nawet czy którykolwiek polski bank oferuje taką opcję. Do konta walutowego dodajemy kantor internetowy obsługiwany z telefonu i już mamy gotową maszynkę do płacenia za granicą. Nie musimy wymieniać złotówek na euro od razu, lecz robić to w trakcie drogi, czekając na atrakcyjny kurs. U mnie akurat średnio to wyszło, bo w ostatnich miesiącach euro wyjątkowo podrożało, ale może komuś innemu się poszczęści.

Na koniec wspomnę też o tym, jak patrzeć na podaną kwotę "1000 euro na miesiąc". Wydaje się ona duża, ale pamiętajmy, że gdybyśmy zostali w Polsce przez ten czas i nie chodzili do pracy, to i tak musielibyśmy wydawać jakieś pieniądze na swoje utrzymanie: trzeba przecież coś jeść, płacić rachunki za mieszkanie itd. Gdy ruszamy na szlak, jedzenie w domu zastępowane jest przez jedzenie na szlaku, znikają opłaty za mieszkanie (ile dokładnie - to zależy od naszej sytuacji życiowej, czy wynajmujemy czy kupiliśmy i tego, jak dobrze pokombinujemy). Dlatego rzeczywisty koszt to tak naprawdę różnica między życiem na szlaku, a tym, co zapłacilibyśmy w Polsce w analogicznym okresie czasu, aby przeżyć. I ta różnica jest już niższa.

Czas

Camino z progu własnego domu to podróż na kilka miesięcy. Aby ustalić ile czasu potrzebujemy, musimy wiedzieć, ile jesteśmy w stanie przejść w ciągu jednego dnia i jak długo potrafimy takie tempo utrzymać. W moim przypadku średnia dzienna odległość wyniosła 32,3 km. Większość etapów miała powyżej 30 kilometrów, zdarzały się dłuższe niż 40, zaś najdłuższy: z Eckartsbergi do Erfurtu w Niemczech liczył sobie prawie 47 kilometrów. Przy takiej prędkości pokonanie 3682 kilometrów zajęło mi 114 dni marszu, do których należy doliczyć 5 dni postoju przeznaczonych na odpoczynek. Razem daje to prawie 4 miesiące spędzone w drodze. Dla porównania, przy średnim dziennym dystansie 25 km wędrówka zajęłaby nam 147 dni, a przy 20 km - aż 184 dni, czyli pół roku!

Dla mnie wspomniane 32,3 km są całkiem komfortowe. Chodzę dość szybko i nie jest dla mnie problemem utrzymanie takiej prędkości przez dłuższy czas. Miałem doświadczenie z wcześniejszych wypraw i wiedziałem, że 4 miesiące mi wystarczą, by dotrzeć do celu i jeszcze coś z tego wynieść, a nie gonić na złamanie karku. Mimo to miałem dodatkowy 3-tygodniowy bufor na wypadek, gdyby coś poszło nie tak. Nawet gdybym np. musiał zatrzymać się na tydzień z powodu cięższej choroby, nie musiałoby to oznaczać końca camino. Bilet powrotny kupowałem dopiero w Hiszpanii, więc w takim wypadku po prostu dotarłbym do celu tydzień później. Bufor czasowy warto jest mieć, a jeśli nie jesteś pewien swojej prędkości, tym bardziej daj sobie więcej czasu, gdyż zawsze można go spożytkować w inny sposób. W drugą stronę już się nie da.

Kolejne pytanie to: "kiedy wyruszyć"? Camino rozciągnie nam się na więcej niż jedną porę roku i myślę, że najlepszą porą na dotarcie do Santiago jest właśnie październik, co przy 4 miesiącach wędrówki daje start w czerwcu. Oto kilka argumentów przemawiających za tym:

  • pogoda: w październiku w północnej Hiszpanii wciąż jest całkiem ciepło - temperatury w ciągu dnia potrafiły nadal wzrastać do 22-23 stopni, co jest bardzo komfortowe do marszu. Zimne poranki będziemy mieli tylko w ostatnich dniach pielgrzymki. Z kolei latem będziemy dalej na północy - wprawdzie ten rok pokazał, że upałów nie unikniemy, ale przynajmniej będą one krótsze.
  • ruch: do granicy hiszpańskiej dotrzemy już po sezonie przypadającym na lipiec-sierpień, gdy liczba pielgrzymów zaczyna stopniowo maleć. Oznacza to mniej problemów ze znalezieniem noclegów w hiszpańskich schroniskach i większy komfort wędrowania.
  • długość dnia: wystartowałem w okolicach przesilenia letniego i ponieważ początkowo przemieszczałem się na zachód, dzień kończył mi się przez pierwsze dwa miesiące niemal o tej samej porze (około 21:00), za to świt szybciej przesuwał się na późniejsze godziny. W Metz we Francji słońce pojawiało się na horyzoncie około 6:20. Wprawdzie w ostatnich dniach w Hiszpanii poranki były już ekstremalnie późne, ale to mała cena za komfortową długość dnia przez resztę drogi.

W temacie pogody i temperatur dodam, że tegoroczna fala upałów dopadła mnie w zachodnich Niemczech, gdzie nie było większych problemów ze zdobyciem zaopatrzenia. Nie chciałbym natomiast iść w takich warunkach dłużej przez Francję z uwagi na większe trudności ze zdobyciem zaopatrzenia, a zwłaszcza wody pitnej.

Urlop

W Polsce prawodawstwo przewiduje coś takiego, jak urlop bezpłatny. Większość pracodawców raczej nie będzie chętna udzielić go na tak długo, gdyż wciąż muszą oni w tym czasie opłacać za nas składki ubezpieczeniowe nawet, jeśli nie płacą nam pensji. Jednak istnieją firmy, których polityka przewiduje możliwość dłuższej przerwy od pracy, by przeciwdziałać "wypaleniu się". Ogólnie warto się zapytać, bo to nic nie kosztuje. U mnie okazało się, że taka możliwość by była, ale w przyszłości. W międzyczasie zdecydowałem się jednak zmienić pracę i... to jest drugi sposób na zdobycie tak dużej ilości wolnego czasu. Wykorzystujmy nadarzającą się okazję, gdyż kolejnej może nie być.

Formalności

Przygotowując się do wyprawy, musimy niestety zadbać o załatwienie kilku formalności, i to niezależnie od tego, jaką opcję zdobycia wolnego czasu wybierzemy. I tu kolejna dobra rada: warto dać sobie trochę wolnego przed wyruszeniem, by się tym wszystkim zająć. Ja zakończyłem pracę z końcem maja i do startu miałem 2 tygodnie wolnego, które spożytkowałem na spokojne przygotowanie się do podróży. Z perspektywy czasu widzę, że gdybym aż do samego końca chodził do pracy, to byłoby bardzo ciężko, by wszystko dopiąć. A o czym trzeba pamiętać?

Ubezpieczenie

Zwalniając się z pracy, tracimy ubezpieczenie zdrowotne w NFZ. Ze świadczeń możemy korzystać jeszcze przez miesiąc po wygaśnięciu umowy, jednak to zbyt mało. Istnieje coś takiego, jak dobrowolne ubezpieczenie zdrowotne, ale w praktyce mogę powiedzieć jedno: zapomnij o nim! Jak mi to wytłumaczył pan w NFZ:

Oczywiście my moglibyśmy zawrzeć z Panem taką umowę, ale jest jeszcze ZUS. Zdaje pan sobie sprawę, że co miesiąc musi pan stawić się u nich osobiście, by potwierdzić im wykonanie przelewu na konto? Bo mają tam taki ciemnogród, że sami się nie potrafią domyślić, że im pieniądze wpłynęły...

Pomijam już, że do zawarcia umowy potrzebne jest świadectwo pracy, które pracodawca wystawia do 7 dni po wygaśnięciu umowy. Potem mamy kolejne 7 dni na udanie się z podpisaną umową do ZUS-u i załatwienie formalności również i tam. Trwałoby to bardzo długo i stwierdziłem, że po prostu nie warto. W praktyce prościej (i taniej) jest kupić dobre, prywatne ubezpieczenie turystyczne, które i tak powinniśmy mieć. Zapłaciłem za to 1500 złotych i w tym miałem m.in. opiekę medyczną do kwoty 600 000 zł. I tu kolejna uwaga: ubezpieczenia turystyczne mają wykaz sportów, które traktowane są jako "zwykłe" i ekstremalne. Camino podchodzi pod trekking do 2500 m.n.p.m. i kwalifikuje się jako zwykły sport. Jednakże długość trasy sprawia, że dla ubezpieczyciela jest to już wyczynowe uprawianie sportu wymagające zakupu droższego wariantu ubezpieczenia.

Kredyty

Bez względu na to, skąd bierzemy czas na camino, musimy przyjrzeć się naszym kredytom, gdyż przez kilka miesięcy nie będzie wpływać nam pensja. Banki mogą nam wtedy mocno podnieść marżę, zwłaszcza przy kredycie hipotecznym. To, co musimy zrobić to napisać wniosek o pozostawienie marży na tym samym poziomie i wykazać w nim, że zadbaliśmy o interesy banku i jesteśmy w stanie spłacać kredyt przez ten czas. W praktyce trzeba mieć po prostu odłożone pieniądze na spłatę nadchodzących rat oraz na życie. Dobrze jest też znaleźć nową pracę jeszcze przed wyruszeniem - wtedy bank ma całkowicie jasną sytuację, że jest to sytuacja tymczasowa, a jednocześnie przemyślana. U mnie zadziałało. Można też pójść w opcję wakacji kredytowych, ale w wielu bankach i tak musimy wciąż w tym czasie spłacać odsetki. Dlatego ja uznałem, że nie ma sensu się w to bawić i lepiej jest spłacać wszystko normalnie.

Paszporty pielgrzyma

Zamawiać koniecznie z dużym wyprzedzeniem! Ja zostawiłem to na ostatnią chwilę sądząc, że kupię je w księgarni w Krakowie, która miała je dystrybuować. Akurat jak na złość akurat wtedy ich nie było i musiałem wyruszyć na szlak z prowizorycznym tymczasowym paszportem wydrukowanym na kartce A4. Uratował mnie proboszcz z Sączowa, który przypadkiem miał jeden czysty paszport z 2016 roku. Dlaczego jest to takie ważne? Otóż od dwóch lat katedra w Santiago akceptuje tylko te paszporty, które zostały wydane bezpośrednio przez nią lub przez stowarzyszenia, które uzyskały odpowiednią zgodę i ich wzór paszportu został zatwierdzony. Oznacza to, że nie możemy sobie wziąć byle jakiego paszportu i z nim przejść, bowiem ryzykujemy wtedy niemożność otrzymania composteli. Z pieczątkami już jest na szczęście prościej. Przez większość drogi w celu oszczędności miejsca zbierałem tylko po jednej pieczątce dziennie. Dopiero na Camino Primitivo w Hiszpanii zacząłem regularnie kolekcjonować po dwie.

Wszystkie te obostrzenia mają na celu ukrócenie oszustw, gdy compostelę próbuje otrzymać ktoś, kto wcale nie przeszedł ostatnich 100 kilometrów. Pracownicy biura pielgrzyma wnikliwie sprawdzają paszporty osób wędrujących najkrótszy możliwy dystans, jednak w przypadku wędrówki z Polski nie ma się co przejmować. Panuje niepisane i skądinąd słuszne założenie, że jak ktoś już zadał sobie aż taki trud, by przejść kilka tysięcy kilometrów z Polski, to raczej nie po to, aby oszukiwać. W moim przypadku wyglądało to tak, że obsługujący mnie pracownik na początku nie dosłyszał, skąd przyszedłem i koniecznie chciał, abym mu pokazał "pierwszą pieczątkę z Irun". Odpowiedziałem mu, że mam ją, ale na końcu paszportu nr 3, bo "przecież idę z Krakowa". W jego głowie zaszedł proces myślowy i nagle oczy się rozszerzyły, a szczęka poleciała w dół. "De Cracovia?!", zapytał. Potwierdziłem, a on wyciągnął rękę celem pogratulowania mi i zaczął wypytywać się, ile czasu mi to zajęło, jak długo przeszedłem oraz czy poza Hiszpanią były jakieś noclegi. Następnie zabrał się za wypisywanie composteli i certyfikatu odległości.

Ilustracja
Zapełniające się pieczątkami paszporty pielgrzyma.

Przygotowanie fizyczne i psychiczne

O budowaniu kondycji na długodystansowe wyprawy napisałem swego czasu kilka artykułów i tam odsyłam po szczegóły. Tu pragnę zwrócić uwagę na kilka rzeczy.

Po pierwsze, odradzam taką wędrówkę jako naszą pierwszą wyprawę. Od strony kondycji chodzi przede wszystkim o nasze stawy, które wzmacniają się dużo wolniej niż mięśnie. Dlatego trening musi trochę trwać i nie powinniśmy się porywać na zbyt intensywny wysiłek zbyt szybko. Długodystansowe wyprawy uprawiam od kilku lat i dzięki temu w drodze nie miałem ze stawami absolutnie żadnych problemów. Mogłem też bez obaw iść tysiące kilometrów w sandałach, które są najlepszym obuwiem na asfalt i twarde nawierzchnie... pod warunkiem, że nasze kostki poradzą sobie bez stabilizacji. Druga rzecz to zdobycie potrzebnego doświadczenia: technika chodzenia, korzystanie ze sprzętu, dobór sprzętu, wreszcie radzenie sobie z problemami pojawiającymi się na trasie i umiejętność wytrzymania takiego stylu życia przez dłuższy czas. Gdy w 2015 roku szedłem Camino del Norte, po 2,5 tygodnia opadła pierwsza ekscytacja i dopadł mnie kryzys. Tu spodziewałem się kryzysu... i żadnego nie było. Były problemy, to się je rozwiązywało, był nudny etap, trudno - po prostu się idzie. I tak zleciały 4 miesiące, a zawdzięczam to doświadczeniu zdobytemu w ciągu kilku lat. Nie twierdzę oczywiście, że przejście takiego camino za pierwszym razem jest niemożliwe, tylko... po co sobie generować problemy, których można prosto uniknąć?

Druga rzecz: gdy idziemy, na początku cel jest tak odległy, że myśl o znalezieniu się tam jest czystą abstrakcją. To, co robiłem, to nie planowałem sobie etapów z góry, przynajmniej przez pierwsze 2 miesiące. Zamiast tego miałem po prostu listę możliwych noclegów i wymyślałem etapy na 2, 3 dni naprzód. Wyznaczałem sobie też krótsze cele kilkudniowe: w porządku, w ciągu najbliższych dni idę do Wrocławia, OK, moim celem jest Lipsk itd. i dzięki temu czułem, że posuwam się naprzód. W drugiej części już rozpisywałem sobie wstępnie etapy na dany kraj, jednak wtedy już byłem - można rzec - zaprawiony i to nie przytłaczało. Inaczej się patrzy na "mam jeszcze 45 etapów do przejścia" gdy się przeszło dopiero 3, a inaczej - gdy za nami jest już 70 udanych etapów.

I trzecia rzecz: jak trenować tuż przed wyjściem? Najlepsze są oczywiście treningi piesze. Można dodać do tego rower czy bieganie, ale uwaga! W tych sportach nasze mięśnie pracują inaczej niż przy chodzeniu i dlatego nie powinien to być nasz główny rodzaj treningu. W przeciwnym wypadku możemy wpaść w pułapkę przeszarżowania. Pamiętam, jak po powrocie z camino sprzed trzech lat wsiadłem na rower i okazało się, że paradoksalnie nie byłem w stanie przejechać nawet połowy dystansów, jakie robiłem tuż przed camino. Dlaczego? Otóż na początku czułem przypływ siły i dodawałem mocno gazu, a po około 40 kilometrach nagle odcinało mi prąd. Było to dziwne uczucie, jakby część mięśni miała jeszcze spory zapas mocy, a część była na granicy wyczerpania i zaczynała odmawiać współpracy. Z tego powodu jako główny trening na camino polecam marsze. Ja po prostu chodziłem sobie weekendami wzdłuż Wisły z plecakiem - akurat wychodziło około 20 kilometrów, w sam raz na 3,5 godzinki szybkim marszem. Swoje też zrobiła majowa wyprawa rowerowa przez Słowację - po jej przejechaniu wiedziałem, że o wydolność to się nie mam co martwić. Reszta zaprawiania się odbywa się już w pierwszych tygodniach camino. Wtedy jest szczególnie ważne, aby dbać o rozgrzewkę i rozciąganie się. Aby dbać o stopy i właściwy wypoczynek. Moje całodniowe postoje były częstsze na początku i pierwszy zaplanowałem już po tygodniu marszu na Górze Świętej Anny. A co dalej? Od pewnego punktu trasy już przestaje mieć znaczenie czy idziemy 2000, 4000 czy 10000 km - tylko najpierw musimy do niego dojść :).

Noclegi

Ilustracja
Tabliczka informacyjna schroniska dla pielgrzymów w Buchholz w Niemczech.

Na większości dróg Świętego Jakuba na nocleg dedykowany pielgrzymom możemy trafić jedynie sporadycznie. Musimy tam po prostu improwizować: albo spać w lesie, albo pytać się ludzi, albo poszukać jakiegoś campingu czy hostelu. Idąc z Polski musimy być na to przygotowani, bo prędzej czy później na taką sytuację trafimy. Kilkakrotnie zdarzyło mi się pukać do drzwi i pytać o możliwość przenocowania. Nie zawsze udawało się za pierwszym razem, ale prędzej czy później coś znajdowałem. W Polsce dużą pomoc okazali mi członkowie stowarzyszeń camino, którzy pomogli mi parokrotnie znaleźć kąt do spania. Nie zawsze dostawałem nocleg pod dachem. W jednym z niemieckich miasteczek pozwolono mi po prostu na rozbicie się z namiotem na trawniku i udostępniono łazienkę oraz prysznic, abym mógł się umyć.

Nie oznacza to jednak, że sytuacja wygląda tak na wszystkich szlakach poza Hiszpanią. Powiem nawet więcej! Byłem kompletnie zaskoczony, gdy odkryłem, że nawet w środku Europy istnieją drogi ze świetną infrastrukturą noclegową. Co więcej, mogłem nimi całkiem daleko zajść - jedyny odcinek pozbawiony schronisk dla pielgrzymów prowadził z Hünfeld do Vézelay i liczył sobie 814 km długości, czyli zaledwie 22% całego camino. Oczywiście rodzaj noclegów różnił się w zależności od kraju. W Polsce były to przeważnie pokoiki lub łóżka dostawione w salkach na plebaniach, aczkolwiek działało jedno albergue w Sączowie i w planach są dwa kolejne (Toszek, Lubań-Uniegoszcz). Na niemieckiej części Via Regia istniały już dedykowane schroniska prowadzone przez parafie ewangelickie, a także sieć schronisk prywatnych. We Francji na Via Lemovicensis schroniska były utrzymywane przez stowarzyszenia opiekujące się tym szlakiem, niekiedy we współpracy z miejscowymi samorządami.

Zdarzały się także sytuacje, że na noclegi dla pielgrzymów trafiałem przypadkiem. Tak było w Hünfeld, gdzie znajduje się klasztor Bonifratrów - wyczytałem w internecie, że zakonnicy prowadzą tam hotel. Pomyślałem sobie "a wejdę i zapytam, co mi szkodzi". Na recepcji powitał mnie polski zakonnik i gdy dowiedział się, że idę do Santiago, powiedział, że pielgrzymów przyjmują za "co łaska". Zostawiłem ofiarę i dostałem pokój jednoosobowy z łazienką oraz ze śniadaniem. Podobna sytuacja spotkała mnie na campingu w Sierck-les-Bains na granicy francusko-niemiecko-luksemburskiej, gdzie pielgrzymi z paszportem mogli rozbić namiot bezpłatnie.

Język

Moja droga wiodła przez cztery kraje i wszędzie trzeba było się jakoś dogadać. Idealna sytuacja to mówienie biegle po niemiecku, francusku, hiszpańsku i angielsku, ale raczej mało kto może się pochwalić takim osiągnięciem. W moim przypadku moim podstawowym językiem do porozumiewania się za granicą jest angielski. Mówię też płynnie po słowacku, co przydało się oczywiście gdy spotkałem pielgrzymów z tego jakże pięknego kraju, ale w kontekście camino nie odegrało wielkiej roli. Ze szkoły pamiętam trochę niemieckiego, a od niedawna uczę się hiszpańskiego - nie znam go jednak jeszcze tak dobrze, by prowadzić w nim "rozmowy o życiu". Czy to wystarczyło?

Niemcy: w landach dawnej NRD nie ma za bardzo co liczyć na angielski. O ile dogadamy się w nim w dużych miastach takich, jak Lipsk, to na terenach wiejskich jego znajomość jest bliska zeru. Może i zna go jakoś młode pokolenie, jednak przy okazji noclegów itd. będziemy mieli do czynienia ze starszymi ludźmi. Podstawowa znajomość niemieckiego jest bardzo przydatna. Na zachodzie jest zupełnie inaczej; angielski zna tu całkiem dużo osób i dogadamy się bez problemu.

Francja: ten kraj okazał się być pozytywnym rozczarowaniem. Nastawiałem się na ekstremalne problemy i niechęć do komunikacji w jakimkolwiek języku innym niż francuski i nic takiego nie miało miejsca. Angielski w stopniu komunikatywnym znało dużo osób i nawet jeśli miałem sytuację, że rozmówca go nie znał, to często w okolicy znalazł się ktoś, kto znał i mógł pomóc. Owszem, zdarzały się przypadki braku wspólnego języka, ale były one raczej sporadyczne i dla chcącego zawsze dawało się je obejść (nawet przez Google Translate). Przygotowałem sobie oczywiście kilka podstawowych zwrotów, ale na pewno nie musiałem - jak to niektórzy blogerzy pisali - uczyć się liczebników, odmian, nazw jedzenia itd. Dodam, że we Francji szedłem głównie przez tereny wiejskie. Zmiany potwierdziła mi pewna starsza Holenderka, która często odwiedza Francję: jeszcze 20, 30 lat temu ze znajomością angielskiego faktycznie był problem, jednak w ostatnich latach dużo się zmieniło.

Hiszpania: 3,5 roku temu na Camino del Norte było ze świecą szukać Hiszpana, który cokolwiek potrafił po angielsku wydukać. M.in. dlatego zacząłem uczyć się hiszpańskiego. W międzyczasie Hiszpanie zaczęli... uczyć się ostro angielskiego, gdyż teraz i znało go wielu hospitalieros, i w punktach usługowych też dało się trafić na znające go osoby. Możliwe, że jest to efekt camino związany z dużą liczbą pielgrzymów, a poza szlakiem wszystko wygląda jak dawniej, jednak nie miałem możliwości tego zweryfikować. Oczywiście poziom znajomości nie jest jakiś wybitnie wysoki (to nie Portugalia, gdzie nawet żul na ulicy potrafi po angielsku zagaić o pieniądze), ale nie to się liczy. Nie znaczy to, że hiszpański się nie przydał - starałem się go używać wszędzie tam, gdzie mój poziom znajomości na to pozwalał.

Łączność

Obecnie łączność z Polską na camino nie stanowi już zbyt wielkiego problemu dzięki postępującej likwidacji opłat za roaming. Polecam jednak przed wyruszeniem przeczytać sobie dokładnie regulamin, ponieważ operatorzy zaczęli już wypracowywać mechanizmy legalnego naliczania dodatkowych opłat z tytułu korzystania z telefonu za granicą. Przykładowo roaming po cenach krajowych może obowiązywać tylko przez maksymalnie 14 dni pobytu za granicą w miesiącu, a po przekroczeniu tego czasu doliczane nam są niewielkie, dodatkowe kwoty. W moim przypadku mogę mówić o szczęściu, ponieważ u mojego operatora takie dodatkowe opłaty obowiązywały wszystkich, którzy podpisali umowę lub aneks do istniejącej po 25 stycznia 2018 roku. Ja niczego nie podpisywałem i dzięki temu nie musiałem się przez 3,5 miesiąca przejmować absolutnie niczym. Z zasięgiem raczej nie ma w Europie problemów, aczkolwiek idąc przez Niemcy zauważyłem, że na obszarach wiejskich ciężko złapać coś lepszego niż sieć 2G. Z tego powodu czasami nawet sprawdzenie głupiej pogody na nadchodzący dzień było wyzwaniem. We Francji i w Hiszpanii już się z tym nie spotkałem, tam najczęściej byłem połączony z siecią 4G i rzadziej - 3G.

Wspomnę też o wi-fi na camino. Z dostępu do sieci korzystałem głównie w celu przesłania zdjęć z aparatu i pisania artykułów na blogu. O ile trzy lata temu w Hiszpanii ze świecą było szukać albergue, w którym można się było połączyć, to obecnie punkty dostępowe znajdują się w prawie każdym schronisku. Jakość transferu była różna, ale przeważnie wystarczała. Natomiast w pozostałych krajach wi-fi nie należy do standardowego wyposażenia schronisk. Aby przesłać zdjęcia, korzystałem z sieci w hostelach i na campingach, do których od czasu do czasu zachodziłem.

Co kraj, to obyczaj

Po każdym przekroczeniu granicy musiało minąć trochę czasu, zanim "nauczyłem się" nowego kraju: panujących tam zwyczajów, rytmu życia. Poniżej przedstawiam kilka ciekawostek o poszczególnych krajach, które mogą być dla nas bardzo przydatne.

Niemcy:

  • wszystkie zakupy robimy w supermarketach. Na wschodzie są one niemal wyłącznie w miastach i w miasteczkach, na zachodzie jest ich więcej, co potwierdzali spotkani Niemcy. Sklepy nie są molochami pobudowanymi na obrzeżach, stosunkowo łatwo jest znaleźć market w niedużej odległości od centrum,
  • w niemieckich miastach na ulicach nie ma kraników z wodą pitną - zapas wody musi nam wystarczyć na cały etap, albo musimy dokupować ją w sklepach,
  • sklepy są zamknięte w niedziele, lecz poza tym zakupy można robić przez cały dzień podobnie, jak w Polsce,
  • wydaje mi się, że woda w kranach jest zdatna do picia, natomiast... nie sprawdziłem tego, bo jakoś mi to nie przyszło do głowy - ach, te przyzwyczajenia nawet pomimo tego, iż w Krakowie pijam kraniczankę :),
  • w niemal każdym markecie znajdziemy piwo bezalkoholowe, znakomite na upał.

Francja:

  • we Francji prawie w ogóle nie ma małych sklepów. W wioskach możemy spotkać piekarnie ("Boulanger-Artisan") sprzedające bagietki i croissanty, natomiast wszelkie większe zakupy musimy robić w dużych supermarketach pobudowanych przeważnie na obrzeżach miast,
  • piekarnie, apteki i supermarkety w mniejszych miejscowościach mają przerwę w środku dnia (przeważnie od 12:30 do 14:00, 15:00). Dodatkowo wiele sklepów jest zamkniętych w poniedziałki przed południem,
  • wybrane duże supermarkety mogą być czynne w niedziele, ale tylko rankiem,
  • w większości wiosek nie ma możliwości zdobycia zaopatrzenia,
  • restauracje serwują obiady dopiero od 19:00 - poza fast-foodami nie ma możliwości zjedzenia czegoś konkretniejszego o wcześniejszej porze,
  • na każdym francuskim cmentarzu znajduje się kran z wodą pitną, natomiast krany na ulicach - jeśli występują - opisane są jako "Eau non potable", czyli "Woda niezdatna do picia",
  • we Francji piwo bezalkoholowe jest słabo rozpowszechnione, a nawet jeśli ktoś mówi, że takowe ma, okazuje się, że i tak zawiera ono wyczuwalną ilość alkoholu. Prawdziwe 0,0% udało mi się kupić może ze dwa razy,
  • na francuskich campingach w toaletach nie ma papieru (!) i trzeba mieć własny,
  • nie zdziwcie się, gdy rano dostaniecie kawę w misce, i to w ilości przemysłowej. Francuzi właśnie tak ją piją!
  • biwakowanie na dziko jest formalnie nielegalne, ale miejscowi tolerują je, jeśli nie niszczymy okolicy i nie zakłócamy spokoju. Za biwakowanie na plażach grożą za to wysokie mandaty i odradzają to sami Francuzi.

Hiszpania:

  • biwakowanie na dziko jest w Hiszpanii nielegalne i podobno jest to mocno przestrzegane. W praktyce na camino często widywałem namioty porozbijane na widoku przy drogach czy w pobliżu wiosek i nikt nie robił z tego powodu nikomu problemów - w Kraju Basków, gdzie baza noclegowa jest słaba, czasami po prostu nie ma wyboru,
  • posiłki w restauracjach wydawane są w godzinach 13:00-16:00 oraz po 19:00,
  • sklepy działają jedynie w miasteczkach i w miastach, natomiast w większości wiosek znajdziemy albo bar, albo restaurację, albo jedno i drugie,
  • w wielu miejscowościach znajdziemy na ulicy ogólnodostępne krany z wodą pitną.

Media

Wg statystyk biura pielgrzyma w Santiago co roku około 30-40 osób jako miejsce startu camino podaje Polskę. Wśród nich część to rowerzyści, zatem piechurów jest jeszcze mniej. Sprawia to, że podejmując się przejścia takiego camino musimy liczyć się z tym, że wzbudzi ono zainteresowanie otoczenia i prędzej czy później trafi na nie jakiś dziennikarz. Nie inaczej było w moim przypadku, a powiedziałbym wręcz, że liczba artykułów i wywiadów mnie mocno zaskoczyła mimo, iż w ogóle nie szukałem rozgłosu. Czy warto jest dopuszczać media do takiej pielgrzymki? Myślę, że tak, ale nie na siłę. Ja od początku przyjąłem sobie założenie, że na tym camino chcę więcej dawać niż brać. Jeśli zatem ktoś widzi w tym coś interesującego, to staram się tym podzielić i to jest też potwierdzenie, że te rozmowy i przygody miały głębszy sens, że dotyczyły one czegoś ważnego. A to znaczy, że na camino faktycznie odnalazłem to, co chciałem.

Współpraca z dziennikarzami była dla mnie interesującym doświadczeniem. Dopiero teraz zobaczyłem, że oddanie na piśmie czyichś przeżyć, opowieści nie jest wcale łatwym zadaniem. Jeśli już dzielić się czymś, nie może być to byle jaki przekaz i dlatego przykładałem się mocno do redagowania ostatecznych tekstów, aby rzeczywiście odzwierciedlały one to, co na camino przeżyłem. Miałem szczęście, że trafiłem na osoby, które same się camino pasjonowały i same opowiadały, że przejście drogi Św. Jakuba jest ich marzeniem. Było to widoczne w ich nastawieniu i sprawiało, że praca ta dała mi sporo radości. Niestety pomimo tego nie obeszło się bez wpadek - w jednym z artykułów pojawiło się stwierdzenie, że jestem "pierwszym pielgrzymem od czasów średniowiecznych, którzy przeszedł pieszo z Krakowa do Santiago", co nie jest prawdą, a co potem zaczęło być powielane w innych miejscach. Ludzie chodzili już do Santiago i z Krakowa, i przez Kraków; nawet miałem przyjemność poznać jednego takiego pielgrzyma osobiście. Oryginalnie miała być mowa o pierwszym przejściu, ale z Bazyliki Mariackiej w Krakowie i chyba czujemy, że to dość mocno zmienia sens zdania.

Moja trasa

Na sam koniec pragnę napisać więcej o wybranej przeze mnie drodze. Tym razem zdecydowałem się, że podam jedynie listę etapów oraz schematyczny przebieg drogi na mapie, jednak bez dokładnych śladów GPS z trasy. Jest to celowy zabieg - podczas pielgrzymki uświadomiłem sobie, że stowarzyszenia co roku dokonują drobnych korekt przebiegu i taki nieutrzymywany ślad bardzo szybko zacząłby się dezaktualizować. Mnie samego denerwowało, gdy okazywało się, że znaleziony w Internecie ślad jest stary i nie zgadza się z tym, co widzę w terenie i postanowiłem, że wobec tego nie będę publikował czegoś, czego nie będę miał jak utrzymywać. We wcześniejszej części artykułu podałem szereg odnośników do miejsc, skąd można pobrać informacje o przebiegu szlaków, które są na bieżąco aktualizowane i tam też odsyłam zainteresowanych. Tutaj pojawi się jedynie konturowa mapka:

A oto i lista etapów rozbita na poszczególne kraje. Odcinek polski był najkrótszy i składał się z 18 etapów. Dodatkowo zrobiłem sobie dzień przerwy na Górze Świętej Anny.

Etapy w Polsce
Miejsce docelowe Długość # podejść Nocleg
Grodzisko k. Skały 32,0 km 385 m Dom rekolekcyjny
Bukowno 42,5 km 557 m Dom turysty
Dąbrowa Górnicza 36,7 km 367 m U ludzi
Sączów 31,9 km 441 m Schronisko
Zbrosławice 30,4 km 313 m U ludzi
Kotulin 29,7 km 256 m U ludzi
Góra Św. Anny 24,9 km 399 m Klasztor
Opole 36,2 km 232 m U ludzi
Skorogoszcz 39,2 km 188 m Plebania
Brzeg 24,3 km 142 m Plebania
Jankowice 28,4 km 143 m Motel
Wrocław 23,4 km 134 m Hostel
Środa Śląska 42,5 km 301 m Plebania
Legnickie Pole 31,1 km 222 m Namiot
Złotoryja 30,6 km 300 m Hostel
Lwówek Śląski 27,9 km 276 m Namiot
Lubań 31,5 km 368 m Plebania
Zgorzelec 33,6 km 338 m Namiot
RAZEM W POLSCE 576,8 km (15,7%) 5362 m

Pokonanie Niemiec zajęło mi niemal równo miesiąc czasu - 28 etapów i 2 dni przerwy odpowiednio w Kamenz i Flieden. Etap zakończony w Sierck-les-Bains zaliczam także do Niemiec, gdyż prawie w całości wiódł po niemieckim terytorium (z wyjątkiem kurtuazyjnej wizyty w Luksemburgu i ostatnich dwóch kilometrów od granicy na camping).

Etapy w Niemczech
Miejsce docelowe Długość # podejść Nocleg
Buchholz 34,9 km 544 m Schronisko
Bautzen 24,4 km 319 m Schronisko
Kamenz 35,3 km 358 m Schronisko
Schönfeld 31,4 km 256 m Schronisko
Zeithain 32 km 182 m Schronisko
Börln 32,4 km 307 m Plebania
Leipzig 43,7 km 272 m Hostel
Merseburg 34,6 km 170 m Hostel
Naumburg 34 km 337 m Namiot
Eckartsberga 24,8 km 395 m Plebania
Erfurt 46,8 km 426 m Hostel
Gotha 30,1 km 289 m Schronisko
Eisenach 30,2 km 513 m Schronisko
Vacha 38,8 km 960 m Schronisko
Hünfeld 33,4 km 525 m Klasztor
Fulda 23,4 km 392 m Hostel
Flieden 22,1 km 345 m Pensjonat
Wirtheim 39,6 km 448 m U ludzi
Hanau 28,6 km 276 m Namiot
Frankfurt 30,9 km 249 m Hostel
Mainz 36,3 km 227 m Namiot
Bingen am Rhein 38,6 km 401 m Namiot
Rheinböllen 24,4 km 699 m Plebania
Sohnen 31,7 km 508 m U ludzi
Heidenburg 41 km 744 m Namiot
Trier 30,9 km 591 m Hostel
Saarburg 29,1 km 467 m Namiot
Sierck-les-Bains 30,7 km 497 m Namiot
RAZEM W NIEMCZECH 914,1 km (24,8%) 11967 m

Najdłuższa część camino wiodła przez Francję - łącznie 41 etapów i 1 dzień przerwy w Bourges.

Etapy we Francji
Miejsce docelowe Długość # podejść Nocleg
Saint-Hubert 36 km 642 m Pensjonat
Metz 22,7 km 316 m Hostel
Pont-à-Mousson 33,7 km 285 m Hotel
Toul 38 km 413 m Hotel
Gondrecourt-le-Château 39,4 km 713 m Pensjonat
Joinville 34,9 km 409 m Plebania
Colombey-les-Deux-Églises 38 km 633 m Hotel
Essoyes 37,3 km 423 m Plebania
Étourvy 39 km 644 m Schronisko
Chablis 36,1 km 588 m Namiot
Arcy-sur-Cure 32,8 km 730 m Namiot
Vézelay 19,5 km 528 m Schronisko
Varzy 37,9 km 601 m Schronisko
Arbourse 23,6 km 682 m Schronisko
La Charité-sur-Loire 21,4 km 228 m Schronisko
Baugy 30 km 249 m Schronisko
Bourges 34,8 km 294 m Hotel
Issoudun 39,4 km 310 m Klasztor
Deols 33,1 km 211 m Schronisko
Argenton-sur-Creuse 41,8 km 418 m Namiot
Crozant 34,6 km 797 m Schronisko
La Souterraine 25,5 km 472 m Schronisko
Saint-Goussaud 35,1 km 708 m Schronisko
Saint-Léonard-de-Noblat 32,6 km 571 m Schronisko
Limoges 23,9 km 365 m Hotel
Flavignac 29,1 km 520 m Namiot
La Coquille 32,9 km 647 m Schronisko
Sorges 36,1 km 562 m Schronisko
Chancelade 30,6 km 464 m Hotel
Mussidan 39,7 km 319 m Schronisko
Port-Sainte-Foy-et-Ponchapt 34,7 km 517 m Schronisko
Saint-Ferme 30,7 km 601 m Schronisko
Auros 40 km 492 m Schronisko
Captieux 33,4 km 431 m Schronisko
Roquefort 35,4 km 175 m Schronisko
Mont-de-Marsan 29,3 km 245 m Schronisko
Hagetmau 38,6 km 443 m Schronisko
Orthez 28,7 km 510 m Schronisko
Sorde-l'Abbaye 30,1 km 180 m Schronisko
Bayonne 39,2 km 205 m U ludzi
Irun 39,9 km 607 m Schronisko
RAZEM WE FRANCJI 1369,5 km (37,2%) 19148 m

I wreszcie Hiszpania, szlakami Camino del Norte oraz Camino Primitivo, na które składało się 27 etapów i 1 dzień przerwy w Bilbao. Pokonywane tu odległości były nieco mniejsze niż w pozostałych krajach, za to była to zdecydowanie najbardziej górzysta część camino, co widać po sumie podejść pod górę.

Etapy w Hiszpanii
Miejsce docelowe Długość # podejść Nocleg
San Sebastián 25,9 km 899 m Hostel
Zumaia 35,3 km 972 m Schronisko
Markina-Xemein 37,0 km 1355 m Schronisko
Gernika 24,7 km 800 m Schronisko
Bilbao 33,1 km 983 m Hostel
Pobeña 25,2 km 402 m Schronisko
Castro Urdiales 17,2 km 356 m Schronisko
Laredo 30,8 km 848 m Klasztor
Güemes 29,1 km 483 m Schronisko
Boo de Piélagos 29,0 km 455 m Schronisko
Cóbreces 37,1 km 789 m Schronisko
Serdio 31,3 km 682 m Schronisko
Llanes 34,6 km 775 m Schronisko
San Esteban de Leces 34,3 km 670 m Schronisko
Villaviciosa 33,3 km 767 m Schronisko
Oviedo 45,2 km 998 m Schronisko
Cornellana 37,4 km 944 m Schronisko
Tineo 30,7 km 1168 m Schronisko
Pola de Allande 27,4 km 769 m Schronisko
Grandas de Salime 40,1 km 1549 m Schronisko
A Fonsagrada 26,2 km 923 m Schronisko
O Cadavo 24,5 km 807 m Schronisko
Lugo 30,4 km 608 m Schronisko
As Seixas 32,6 km 879 m Schronisko
Arzua 29,1 km 699 m Schronisko
Monte do Gozo 34,3 km 713 m Schronisko
Santiago de Compostela 6,2 km 46 m
RAZEM W HISZPANII 822 km (22,3%) 21339 m

Łącznie daje to 3682,4 km pokonane pieszo, ponad 57,5 km drogi pod górę i 119 dni. Jeśli chodzi o "naj", to rzecz przedstawia się następująco:

  • najdłuższy etap: 46,8 km, Eckartsberga-Erfurt w Niemczech,
  • najkrótszy etap: 17,2 km, Pobeña-Castro Urdiales w Hiszpanii,
  • najwięcej podejść pod górę: 1549 m, Pola de Allande-Grandas de Salime w Hiszpanii, notabene o długości 40,1 km pokonanych w 7,5 godziny marszu,
  • średnia długość etapów: 32,3 km

Jestem dość pozytywnie zaskoczony, że ostateczna wyliczona odległość różni się tylko o 2,4 kilometra od tego, co podałem w biurze pielgrzyma (3680 km). Całe przejście nagrałem GPS-em Garmina, który jest rewelacyjny i ma jeden brak: nie ma przycisku "pauza". Jeśli się zatrzymałem czy wszedłem do budynku, generowało to rozmaite artefakty w wynikowym śladzie, gdyż wskaźnik poruszał się o kilka metrów to w jedną, to w drugą stronę. Po pewnym czasie licznik wskazywał o kilkaset metrów więcej niż w rzeczywistości przebyłem. Jeszcze gorzej było, kiedy na chwilę sygnał się gubił i wracał. Wskaźnik potrafił przeskoczyć nawet o 5 kilometrów i wrócić sekundę później. Aby taki ślad nadawał się do czegokolwiek, muszę siąść i "oczyścić go" w narzędziu Garmin BaseCamp. Do tej pory relacje z wypraw na blogu zaczynałem pisać dopiero po powrocie i oczywiście mogłem sobie taki ślad przed publikacją czegokolwiek obrobić, by znać rzeczywiste długości etapów. Tu nie miałem takiego komfortu. GPS nagrywał mi i zliczał absolutnie wszystko, chyba że go wyłączyłem, a później czekałem minutę na włączenie, więc po prostu pod koniec dnia odejmowałem "na oko" jakąś wartość od wskazywanego przez niego dystansu i taki wynik wpisywałem sobie do notesu, co na końcu dało 3680 km. Byłem bardzo ciekaw, jak bardzo się pomyliłem i okazało się, że moje szacunki były naprawdę dobre.

Podsumowanie

To chyba wszystko, czym chciałem się podzielić odnośnie wyruszania na camino z progu własnego domu. Mam nadzieję, że poradnik przyda się każdemu, kto marzy o wielkiej przygodzie, bo istotnie - była to dla mnie przygoda życia. Przed nami jeszcze oddzielny artykuł o sprzęcie i tym, co z niego zostało. Do zobaczenia!

Tomasz Jędrzejewski

Programista Javy, lider techniczny. W wolnych chwilach podróżuje, realizując od kilku lat projekty długodystansowych wypraw pieszych.

ten wpis jest częścią serii

Via Cracovia

poprzedni wpis Camino Primitivo

Komentarze (0)

Skomentuj

Od 3 do 40 znaków.

Wymagany, anonimizowany po zatwierdzeniu komentarza.

Odpowiedz na pytanie.

Edycja Podgląd

Od 10 do 8000 znaków.

Wszystkie komentarze są moderowane i muszą być zatwierdzone przed publikacją.

Klikając "Wyślij komentarz" wyrażasz zgodę na przetwarzanie podanych w nim danych osobowych do celów moderacji i publikacji komentarza, zgodnie z polityką prywatności: polityka prywatności