Jak objechać Słowację rowerem?

Jak objechać Słowację rowerem?

Szczegółowe przedstawienie trasy rowerowej dookoła Słowacji, której większość pokonałem w długi weekend majowy.

piątek, 25 maja 2018

Podróże

W poprzednim artykule pisałem o rowerowej podróży przez Słowację, którą odbyłem w długi weekend majowy. Pora na kontynuację tematu, czyli na szczegółowe przedstawienie przebytej i planowanej trasy.

Przebieg trasy

Oryginalna trasa miała być wielką pętlą ze startem i metą w Krakowie, jednak wskutek bardzo niekorzystnego wiatru przejechałem ostatecznie 7 z 9 zaplanowanych etapów. Schematyczny przebieg dalszego planowanego odcinka zaznaczyłem na mapie na szaro.

Dzień Etap Długość W górę W dół Rodzaj
1 Kraków » Lubowla 140 km 1831 m 1449 m Górski
2 Lubowla » Koszyce 103 km 460 m 831 m Płaski
3 Koszyce » Rymawska Sobota 143 km 891 m 903 m Mieszany
4 Rymawska Sobota » Dudince 123 km 944 m 1045 m Pagórkowaty
5 Dudince » Komarno 103 km 244 m 272 m Mieszany
6 Komarno » Bratysława 100 km 44 m 30 m Płaski
7 Bratysława » Trenczyn 128 km 208 m 172 m Mieszany

Łącznie: 840 km

Początek

Pierwsza część trasy obejmuje dojazd do Koszyc z Krakowa i można ją scharakteryzować bardzo prosto: pierwszego dnia pniemy się pod górę, a drugiego dnia zjeżdżamy w dół. Szczególnie wymagający jest właśnie pierwszy etap, o charakterze górskim, na którym czekają nas aż 4 podjazdy na wysokość od 600 do 740 metrów. Jeden z nich, jeszcze po polskiej stronie granicy, osiąga w pewnym momencie nachylenie 17° i przyznam szczerze, że mój rower nie dał tam rady. Przez około 300 metrów musiałem go po prostu prowadzić. Przejechanie tego etapu zajęło mi razem z postojami ponad 10 godzin, a do Lubowli dotarłem już po 19:00. Po drodze, w okolicach setnego kilometra znajduje się Szczawnica. Jest to dobre miejsce, aby coś zjeść oraz uzupełnić zapasy wody. Jeśli chodzi o drogi, to po polskiej stronie granicy trasa wiedzie najpierw drogą wojewódzką, by za Gdowem zboczyć na mało uczęszczane górskie dróżki. Na drogę wojewódzką zjeżdżamy ponownie kilka kilometrów przed Krościenkiem.

Ilustracja
Szczawnica, kilka kilometrów przed granicą. Dobre miejsce na odpoczynek i posiłek.

Etap z Lubowli do Koszyc jest całkiem przyjemny, zwłaszcza po wyrypce z dnia poprzedniego. Startujemy na dość dużej wysokości (około 500-550 m.n.p.m. zależnie od lokalizacji noclegu) i przez pierwsze ~20 kilometrów trzymamy się jej, od czasu do czasu zaliczając jakiś podjazd. Za Ľubotínem wjeżdżamy na przełęcz będącą jednocześnie najwyższym punktem na trasie i od tego miejsca poruszamy się już praktycznie tylko w dół - tuż przed Koszycami będziemy jedynie 190 metrów nad poziomem morza. Na Słowacji osadnictwo biegnie wzdłuż szerokich dolin, na dnie których ulokowane są też główne drogi. Tak też jest i tutaj - najszybsza trasa prowadzi właśnie drogą krajową i paradoksalnie odkryłem, że nie należy się tego specjalnie bać. Po pierwsze, droga ma na prawie całej długości szerokie pobocze, po drugie ruch samochodowy jest bardzo mały (ok. 1 auta na minutę). Preszów ze swoją starówką i charakterystycznym, podłużnym rynkiem to dobre miejsce na przerwę obiadową. Aby dostać się do Koszyc, możemy wybrać albo drogę krajową, albo lokalną, biegnącą przez wzgórza i okoliczne wsie po wschodniej stronie autostrady. Wybrałem tę pierwszą opcję, gdyż jest ona szybsza, a ruch - nadal minimalny, właśnie za sprawą biegnącej w pobliżu autostrady. Jedynym problematycznym punktem jest wjazd do samych Koszyc. Miasto oddzielone jest pasmem wzgórz od dolinki, którą jechaliśmy - da się je sforsować jedynie jadąc ruchliwą drogą, pozbawioną pobocza. Również samo miasto praktycznie pozbawione jest sensownej infrastruktury rowerowej, dlatego od pewnego punktu po prostu wziąłem przykład z miejscowych i pojechałem chodnikiem.

Ilustracja
Rynek w Preszowie.

Jedziemy na zachód

Od wjazdu do Koszyc gorsza jest tylko jedna rzecz: wyjazd z Koszyc. W kierunku południowo-zachodnim wybiega z miasta droga ekspresowa i... tyle. Po ekspresówkach jazda rowerem jest zabroniona i w związku z tym mamy dwie opcje: albo objeżdżamy ekspresówkę łukiem od północy, co wymaga sforsowania kolejnego pasma wzgórz, albo od południa. Ja wybrałem ten drugi wariant - najpierw skierowałem się główną drogą wylotową w kierunku Węgier i we wsi Haniska odbiłem na zachód, robiąc duży łuk wokół jakichś zakładów przemysłu ciężkiego. W obu przypadkach na "właściwą" trasę wjeżdżamy w miasteczku Šaca i odtąd jedziemy na zachód krajówką. Ruch jest tu już większy, ale po pierwsze, nie mamy innej opcji, a po drugie - jedziemy szerokim, dobrze utrzymanym asfaltowym poboczem.

Ilustracja
W kierunku Rymawskiej Soboty. Na horyzoncie gromadzą się powoli burzowe chmury, które zmusiły mnie do wydłużenia drogi o kilkanaście kilometrów.

W połowie trasy docieramy do parku narodowego Slovenský Kras. Planowałem jechać właśnie tamtędy, jednak na mojej drodze stanęła chmura burzowa, która zmusiła mnie do nadłożenia dodatkowych kilkunastu kilometrów i objechania całego parku od północy. Niezależnie od tego, którędy pojedziemy, będziemy musieli wspiąć się na przełęcz (ok. 500 m.n.p.m.), a później z niej zjechać. Kolejne utrudnienia czekają na nas przed samą Rymawską Sobotą. Po bardzo komfortowym, długim zjeździe w dół do Tornali, ostatnie 20 kilometrów ciągnie się przez wzgórza, z całym szeregiem podjazdów: kilkadziesiąt metrów w górę, kilkadziesiąt metrów w dół... Te same wzgórza będą nam niestety towarzyszyć także na kolejnym etapie do wsi Dudince. Na szczęście za Łuczeńcem istnieje kilka możliwości ich ominięcia. Wystarczy zjechać z krajówki i skierować się na południe ku węgierskiej granicy. Ja później na tę krajówkę wróciłem, natomiast analizując trasę już "po fakcie" odkryłem, że w zasadzie lepiej byłoby trzymać się już cały czas granicy i jechać nią aż do Šahów. Na pewno nie polecam jazdy odcinkiem z Čebovców do Dudinec, ponieważ tamten odcinek ma już charakter typowo górski, z najwyższym punktem na wysokości około 500 m.n.p.m. Dudince to niewielka, ale całkiem popularna miejscowość uzdrowiskowa. W okolicy jest sporo kwater oferujących noclegi i nie powinniśmy mieć większych problemów ze znalezieniem miejsca na przenocowanie i odpoczynek.

Sprint do Bratysławy

"Sprint" - to słowo doskonale oddaje charakter ostatnich etapów przed słowacką stolicą. Na odcinku do Štúrova (słowacka część węgierskiego miasta Ostrzyhom) wprawdzie trafią się jeszcze od czasu do czasu jakieś pagórki, jednak ani nie ma ich dużo, ani nie stanowią one jakiejś specjalnej trudności. Štúrovo to dobre miejsce na postój, a później pozostaje nam już tylko przejechać 156 kilometrów idealnie płaskiej drogi do Bratysławy. Co tu dużo mówić: ciśniemy, ile fabryka dała. Pokonanie 56-kilometrowego odcinka do Komarna zajęło mi godzinę i 40 minut, a na 100 kilometrów do centrum Bratysławy potrzebowałem 4 godzin jazdy, przy czym samo przebijanie się przez słowacką stolicę zajęło mi jakieś 30-40 minut. Drogi są różne; w większości będziemy jechać szerokim poboczem, jednak za Dunajską Stredą zjeżdżamy na drogę wojewódzką. Ruch na niej wcale nie jest mniejszy, a niestety okazało się, że nie tylko nie ma tam pobocza, ale w dodatku nawierzchnia wykonana była z betonowych płyt z cienką warstwą asfaltu - czułem się, jakbym jechał po schodach.

Ilustracja
Ostatnie pagórki na drodze do Bratysławy, odcinek Dudince-Štúrovo.

Wykończeniówka

Z trzech ostatnich etapów do Krakowa udało mi się przejechać tylko jeden z powodu bardzo niekorzystnego, silnego wiatru, który uniemożliwił mi zmieszczenie się w czasie, którym dysponowałem. Aż do Żyliny trasa biegnie wzdłuż głównej osi komunikacyjnej Słowacji. Jedziemy krajówką, jednak ponownie dzięki obecności biegnącej równolegle autostrady ruch na wielu odcinkach jest bardzo mały. Niestety ponieważ autostrada w tym miejscu powstała już dość dawno (o ile się nie mylę, w latach 70. XX wieku), równie wiele odcinków było wybudowanych w "starym" standardzie, bez pobocza i od tamtych czasów nie przeszło modernizacji. Asfalt wprawdzie nie jest zły, ale zdarzają się miejsca, na których widać ślady ścinania kolein, albo gdzie z ich powodu musimy jechać nieco bliżej środka drogi niż podpowiada rozsądek. Z drugiej strony, nie ma tu, przynajmniej do Trenczyna, zbyt wielu podjazdów. Wspinamy się wprawdzie do góry, ale ta wspinaczka jest rozciągnięta na wiele kilometrów i praktycznie niezauważalna.

Ilustracja
Kilkanaście kilometrów przed Trenczynem wciąż jedziemy szeroką doliną Wagu, jednak to się niebawem zacznie zmieniać.

Ostatnie dwa niezrealizowane etapy to czysta teoria i luźne obserwacje z okien pociągu. Do Żyliny dolina coraz bardziej się zwęża, ale droga trzyma się przeważnie brzegów rzeki Wag. Dopiero od Żyliny zaczynamy prawdziwe forsowanie gór, osiągając najwyższy punkt na polsko-słowackiej granicy w pobliżu Milówki, skąd do Krakowa przebijamy się szeregiem dolin. Jeśli komuś uda się przejechać te dwa odcinki, bardzo bym prosił o podzielenie się paroma informacjami z przejazdu.

Jeśli musimy przerwać trasę...

Jeżeli z jakiegoś powodu musimy przerwać trasę i wrócić do Polski, najlepszym środkiem transportu do przewożenia rowerów są pociągi. Sieć kolejowa dociera w wiele zakamarków kraju i prowadzony jest na nich ruch pasażerski. Nawet na regionalnych liniach w charakterystycznych motorakach znajdziemy stanowiska do przewożenia rowerów - musimy tylko pamiętać o dokupieniu dodatkowego biletu na ich przewóz. Cała sztuka polega na tym, by jakoś dostać się do głównej linii kolejowej Słowacji łączącej Bratysławę, Żylinę, Poprad i Koszyce, a następnie dojechać nią do niewielkiej wioski Kraľovany. W niej przesiadamy się na pociąg do Trzciany leżącej tuż przy granicy z Polską - oryginalnie linia prowadziła aż do Nowego Targu, jednak odcinek przez granicę został zlikwidowany tuż po II wojnie światowej, a w 1989 roku Polacy zlikwidowali swoją część linii jako "nierentowną". W tym samym czasie na słowackim odcinku prowadzony jest regularny ruch pasażerski i... towarowy. Mimo iż pociąg w wielu miejscach zwalnia do 20-40 kilometrów na godzinę, to podróżuje nim bardzo dużo osób. Gdy znajdziemy się już na granicy, zaczyna się prawdziwy problem, ponieważ wszystkie główne linie kolejowe na południu Małopolski są aktualnie w remoncie, a przewoźnicy autobusowi przeważnie nie pozwalają na przewożenie rowerów (jeśli znasz przewoźnika, który na to pozwala, daj znać!). Ja po prostu zorganizowałem sobie transport samochodowy do Krakowa i wygląda na to, że na dzień dzisiejszy jest to jedyna opcja, oprócz oczywiście pokonania tego odcinka na rowerze.

Ilustracja
Kolej to najlepszy sposób na przewożenie rowerów na Słowacji.

Podsumowanie

Trasę przejazdu układałem "na oko", nie znając większości dróg. Jednak osobiście uważam, że efekt końcowy jest całkiem niezły. Etapy okazały się być różnorodne i obfitujące w wiele ładnych widoków (zwłaszcza, że dopisała pogoda), a ruch samochodowy był mniejszy niż sądziłem. Wyzwaniem jest natomiast długość poszczególnych odcinków - codziennie bowiem pokonywałem od 100 do 143 kilometrów. Na szczęście trasę da się rozplanować inaczej; przykładowo - pierwszy etap z Krakowa możemy zakończyć już w Szczawnicy, a drugiego dnia dojechać tylko do Preszowa. Możliwości jest wiele; najważniejsze, aby podróż dawała nam satysfakcję :).

Tomasz Jędrzejewski

Programista Javy, lider techniczny. W wolnych chwilach podróżuje, realizując od kilku lat projekty długodystansowych wypraw pieszych.

Autor zdjęcia nagłówkowego: Kelly Brooks, CC-BY-2.0

zobacz inne wpisy w temacie

Podróże

poprzedni wpis Rowerem przez Słowację następny wpis Londyn w jeden dzień

Komentarze (0)

Skomentuj

Od 3 do 40 znaków.

Wymagany, anonimizowany po zatwierdzeniu komentarza.

Odpowiedz na pytanie.

Edycja Podgląd

Od 10 do 8000 znaków.

Wszystkie komentarze są moderowane i muszą być zatwierdzone przed publikacją.

Klikając "Wyślij komentarz" wyrażasz zgodę na przetwarzanie podanych w nim danych osobowych do celów moderacji i publikacji komentarza, zgodnie z polityką prywatności: polityka prywatności