Sprzęt na Cape Wrath Trail

Sprzęt na Cape Wrath Trail

Aby przejść Cape Wrath Trail, niezbędny jest odpowiedni ekwipunek. Co zabrałem ze sobą, co się sprawdziło, a co nie zadziałało?

sobota, 2 lipca 2016

Podróże | seria Cape Wrath Trail

Cape Wrath Trail był dla mnie pierwszą dużą wyprawą, podczas której miałem pozostawać przez dłuższy czas z dala od cywilizacji, dlatego niezbędne stało się dokupienie niektórych elementów wyposażenia i przetestowanie ich wcześniej. W przypadku tego szlaku źle dobrany ekwipunek będzie się mocno dawał we znaki, lub może nawet zadecydować o tym czy dotrzemy do celu! Drugiego dnia marszu, po wyjściu z Glenfinnan, spotkałem Stevena, byłego brytyjskiego żołnierza, dla którego było to drugie podejście do CWT. Opowiedział mi o pierwszej próbie dwa lata wcześniej, którą musiał przerwać po przejściu zaledwie 30 kilometrów. Podstawową przyczyną jego kłopotów były błędy popełnione przy pakowaniu plecaka - zabrał prawie 30 kilogramów (!) sprzętu i już na pierwszym podejściu pod górę omal nie wysiadły mu plecy. W dodatku, wśród nich nie było siatki na komary, a tych latem (bowiem wtedy miała miejsce próba), w Szkocji są całe hordy.

Ma być lekko i minimalnie

Podczas wędrówki długodystansowej waga plecaka ma ogromne znaczenie. Po 30 kilometrach przez góry czujemy każdy zabrany kilogram. Mam świadomość, że kompletowanie wyposażenia wyprawowego to proces rozciągnięty na lata. Poradniki w Internecie mogą być co najwyżej wskazówkami, gdyż to, co działa dla jednej osoby, nie musi sprawdzić się u innych. Dobry przykład to plecak. Dostępnych na rynku modeli jest dużo, a o tym, który z nich nam podejdzie, mogą zadecydować zwykłe różnice anatomiczne w budowie organizmu. Poszczególne wyprawy także różnią się wyzwaniami, które stawiają naszemu sprzętowi. Wędrując latem przez Polskę, do gotowania może wystarczyć nam prosty, leciutki palniczek, zaś w deszczowej i zimnej Szkocji zagotowanie za jego pomocą wody na herbatę będzie prawie niewykonalne. Jednak podstawowa zasada jest jedna: bierzemy tylko to, co naprawdę niezbędne.

Wspomnę tu jeszcze o współczesnej modzie na tzw. ultralekkie wyposażenie, która zdobyła duże grono zwolenników, a na świecie działa wiele firm, które specjalizują się w produkcji odpowiedniego sprzętu. Przede wszystkim nie jest to coś, w co da się wejść od razu. Aby skompletować sobie taki ultralekki zestaw, niezbędne jest duże doświadczenie, gdyż należy pamiętać, że zmniejszanie masy odbywa się także kosztem ograniczania funkcjonalności samego sprzętu (przykładowo: plecak staje się już bardzo podobny do zwykłego worka, a jego system nośny nie zapewnia aż takiej wygody). Ponadto, taki sprzęt kosztuje. Aktualnie ultralekkie wyposażenie nie leży w obszarze moich zainteresowań i godzę się na nieco większą masę, by móc korzystać z określonych rozwiązań.

Moje wyposażenie

W porządku, zatem z czym ruszyłem do Szkocji?

Plecak - North Face Prophet 40, kupiony rok temu przed wyprawą na Drogę Św. Jakuba. Jedna, ogromna komora, kieszeń górna i niewielka kieszonka boczna na coś płaskiego. Plecak jest po prostu nie do zarypania; początkowo rozważałem kupno większego na CWT, ale po wstępnym spakowaniu okazało się, że cały sprzęt zajmuje ledwie połowę komory. Wziąłem go zatem ze sobą, zwłaszcza że mobilizowało mnie to, aby nie brać niepotrzebnych rzeczy. Jedyna wada? Brak jakichkolwiek kieszeni bocznych, w których można by włożyć np. wodę. W Hiszpanii zmuszało mnie to do ściągania plecaka za każdym razem, gdy chciałem się napić, dlatego tu w ostatniej chwili wymyśliłem inny patent.

Aktualizacja z 2017 roku: wygląda na to, że plecaki Prophet 40, 52 i 65 są już wycofane ze sprzedaży - szkoda.

Plecak przedni - w ostatniej chwili zdecydowałem się zabrać niewielki plecaczek miejski, aby rozwiązać problem szybkiego dostępu do rzeczy potrzebnych "na już". Miałem w nim butelkę z wodą, aparat, mapy, GPS i batoniki. Sam pomysł sprawdził się bardzo dobrze, jednak konieczne byłoby poszukanie dedykowanych rozwiązań tego typu. Średnio bowiem chciał się wygodnie trzymać z przodu, a paski układały się tak, że mocno obciążały ramiona. Nawiasem mówiąc pomysł wzbudzał duże zainteresowanie wśród innych idących :).

Namiot - Fjord Nansen Tordis I, jest to jednoosobowa konstrukcja samonośna, ważąca ok. 1,8 kg. Namiot zachwycił mnie bardzo szybkim, pomysłowym montażem oraz solidnością. W pierwszej kolejności montujemy jednoelementowy stelaż, do którego podpinamy tropik, a dopiero na końcu podwieszamy sypialnię, dzięki czemu jest to też dobre rozwiązanie na wypadek, gdybyśmy musieli robić wszystko w deszczu. Cała operacja rozkładania trwa kilka minut. Tereny, przez które wiedzie CWT są pozbawione drzew, często wieje tam bardzo silny wiatr, a w cieplejszych miesiącach latają tam dodatkowo hordy komarów, dlatego płachty namiotowe niezbyt się tam sprawdzają. Choć namiot jest lekki, w kontekście całego ekwipunku mógłby być trochę lżejszy, ale to już by wymagało głębszego poszukania i prawdopodobnie wyłożenia dużo większej kwoty pieniędzy.

Śpiwór - Cumulus LiteLine 300, bardzo lekki, puchowy śpiwór polskiej firmy Cumulus. Temperatura graniczna to 0 stopni, komfortu - 5. Jest to idealny zakres temperatur na majowe noce w północnej Szkocji i jestem zadowolony z tego zakupu.

Materac - Thermarest ProLite Regular, mata samopompująca, wygodniejsza i mniejsza od zwykłych karimat. Kupiłem ją na potrzeby wyjazdu do Hiszpanii, gdzie przydała się tylko kilka razy (za to jak już się przydała, to solidnie...), zaś tutaj był to raczej niezbędny składnik wyposażenia, zwłaszcza do spania w bothies. Do tego dorzucamy dmuchaną poduszkę zakupioną za grosze w Decathlonie i mamy komplet do spania.

Palnik - Coleman F1 Spirit, tutaj postawiłem na minimalizm. Palnik miał utrzymać niewielką menażkę i przetworzyć gaz na ciepło. Gotowanie wewnątrz bothies szło nieźle, jednak na świeżym powietrzu momentami zagotowanie nawet kubka wody stanowiło wyzwanie. W zamian miałem bardzo mały rozmiar i wagę poniżej 100 g. Wziąłem jednak zdecydowanie zbyt duży kartusz gazowy - 430 ml, z czego zużyłem szacunkowo mniej niż połowę. Gdybym pakował się teraz, wziąłbym mniejszy, zwłaszcza że po drodze ludzie zostawiali niewykorzystane kartusze i zawsze można je sobie podmienić.

Menażka - Primus Alu Tech Pot 600 ml; szczerze gdy zobaczyłem ją po raz pierwszy, pomyślałem sobie: rany, przecież to jest zwykły kubek, w tym się nic nie ugotuje! Cóż, jestem przyzwyczajony do konkretniejszych porcji jedzenia, więc taka reakcja była oczywista. Po testach zmieniłem zdanie. 600 ml to pojemność w sam raz na ugotowanie sobie herbaty czy porcji kuskusu. Jedynie trzeba pamiętać o tym, by w czasie gotowania dolewać wody. Menażka wykonana jest z tytanu, który gwarantuje wytrzymałość oraz małą wagę. Jeżeli jednak chcielibyśmy ugotować sobie kuskus + coś jeszcze, należy celować w nieco większą konstrukcję.

Uzdatnianie wody - Katadyn Vario; wprawdzie wiele rzek w północnej Szkocji uchodzi za czyste, wolałem nie ryzykować, zwłaszcza po zatruciu pokarmowym tuż przed wyjazdem, właśnie z powodu nieprzefiltrowanej wody. Dość masywna, ale bardzo wydajna konstrukcja. Niosłem też ze sobą dwie butelki wody: 1,5 litra oraz 0,7 litra. W trakcie marszu używałem tylko tej drugiej, zaś pierwsza służyła mi podczas biwaku, aby przynieść konkretniejszą porcję, która wystarczy mi do ugotowania posiłku.

Jeśli chodzi o drobne wyposażenie:

Jedzenie - miałem ze sobą zapalarkę piezoelektryczną Optimusa, która nie zawsze działała (zapalniczka na ratunek), sztućce turystyczne Primusa, z których właściwie przydał się tylko widelec i łyżka, niewielki aluminiowy talerz oraz aluminiowy kubek.

Oświetlenie - czołówka bywa przydatna, aczkolwiek w północnej Szkocji w drugiej połowie maja coś, co faktycznie można nazwać nocą, trwa może ze 2-3 godziny. Pozostałe 2 godziny to zwyczajny zmierzch. Dlatego wykorzystywałem ją głównie w bothies.

Inne - scyzoryk, kawałek taśmy klejącej, worki foliowe, folia termoprzewodząca. Ta ostatnia w ogóle się nie przydała, zaś worki foliowe to ważna rzecz. Przydają się zarówno do pakowania jedzenia, jak i na śmieci, które obowiązkowo należy zabrać ze sobą.

Elektronika i nawigacja:

Nawigacja - GPS Garmin 64s; wspaniała konstrukcja, którą polecił mi kumpel, miłośnik map i podróży. Sprzęt obsługuje zarówno standardy GPS, jak i Glonass i posiada bardzo czułą antenę, zatem trzeba się naprawdę postarać, aby w terenie zgubić sygnał. Do pamięci urządzenia wgrałem wszystkie ślady oraz dokładne zdjęcia satelitarne całej trasy ściągnięte w ramach usługi Bird's Eye Satellite Imaginery, na którą dostajemy roczną darmową subskrypcję. Odbiornik rejestruje nasze przejście, wszystkie statystyki, które później można zgrać do komputera i utworzyć np. wirtualną wędrówkę. Na komplecie dwóch akumulatorków AA pracuje non-stop do 16 godzin, co wystarcza nawet na dwa dni marszu. Miałem ze sobą pięć kompletów; ładowałem je wszystkie tylko raz, w Ullapool.

Nawigacja x2 - komplet map Cape Wrath Trail North & South brytyjskiego wydawnictwa Harvey Maps specjalizującego się w mapach turystycznych Wielkiej Brytanii. Są one opracowane z niezwykłą dbałością o czytelność i szczegóły, pokazują też szereg alternatywnych wariantów i wiele użytecznych danych, jak choćby rodzaj terenu (skały, teren podmokły, żwir...). Bez tych map radzę nie ruszać w trasę. Są one trudnodostępne w Polsce, ale jak komuś bardzo zależy, to da się je dostać. Jedna uwaga - mapa nie korzysta ze znanej nam siatki współrzędnych, lecz z tzw. Ordnance Survey National Grid reference system. Brytyjczycy muszą być oczywiście oryginalni i zwykłych stopni długości i szerokości geograficznej tam nie uświadczymy. Nie będę tu szerzej rozpisywał się, jak ten system działa, ale warto się z nim wcześniej zapoznać. Do tego posiadałem zwykły kompas (na wypadek awarii GPS-a).

Komunikacja - miałem ze sobą telefon wraz z ładowarką. Nie na wiele się on przydał, służąc głównie za budzik i zegarek, ponieważ przez większość czasu nie było zasięgu, ale w pobliżu miejscowości można było gdzieś zadzwonić. Nie wiem czy to tylko moja przypadłość, ale brytyjskie sieci wykręcały mi różne dziwne numery, że tak powiem. W jednej nie mogłem dzwonić w ogóle na numery szkockie, w drugiej podczas dzwonienia do Polski figurowałem jako "Numer nieznany" i ludzie nie odbierali, myśląc że to jakiś telemarketer (!), kilka SMS-ów zaginęło...

Fotografia - wziąłem moją starą, ale wciąż jarą lustrzankę Olympus E420. W chwili zakupu była to najlżejsza lustrzanka na świecie. Teraz można nabyć jeszcze lżejsze konstrukcje, czy pójść choćby w technologię aparatów bezlustrowych. Jedyne czego nie potrafię do dziś zrozumieć, to po co zapakowałem spory pokrowiec na tenże aparat wraz z kablem USB, skoro brałem przedni plecak. Nie było to absolutnie do niczego potrzebne i musiałem nieść to przez 400 km. Ogólnie sprzęt fotograficzny waży 1,5 kilograma, ale bez niego nie ruszam w żadną podróż.

Inne - ładowarka do baterii AA/AAA + przejściówka na brytyjski system wtyczek. To ostatnie nie jest aż tak potrzebne, ponieważ nasze wtyczki pasują do brytyjskich, tylko trzeba zastosować pewną sztuczkę.

Ubiór:

Kurtka - Marmot Minimalist Goretex PacLite. Bardzo lekka kurtka przeciwwiatrowa i przeciwdeszczowa. W Szkocji niezbędna, z uwagi na częste zmiany pogody.

Polar - polar firmy Berghaus; ciepły i dobrze spisywał się we współpracy z kurtką.

Podkoszulki - dwie pary podkoszulków z wełny Merino. Jest to genialny materiał. W ubiegłym roku w Hiszpanii miałem tylko jedną, druga zaś była syntentyczna i różnicę czuć było bardzo wyraźnie.

Spodnie - goreteksowe firmy Berghaus oraz lekkie turystyczne spodnie Jack Wolfskin, z odpinanymi nogawkami. Podczas deszczowego tygodnia używałem głównie tych pierwszych. Dobrze chroniły przed deszczem, ale okrutnie trudno je było doprać po zabrudzeniu błotem. Chyba nawet do teraz są na nich ślady szkockiego błota, obecnie już z dodatkiem całkiem polskiego bagna ;). Ogólnie spodnie ciężko jest dobrać właściwe. Choć byłem suchy, wiatr w połączeniu z wodą na ubraniu i tak wychładzał, w czymś innym przemókłbym w kilkanaście minut na amen. Jeśli w trakcie marszu pogoda się zmieniła, to cóż... trzeba się było męczyć.

Bielizna - produkty firmy Icebreaker z wełny merino. Dobre, ale niestety wciąż nie chronią przed otarciami i muszę tu jeszcze poeksperymentować.

Skarpety - wiem, że kupiłem je w Intersporcie, ale nie pamiętam za Chiny marki. Używałem ich przez kilka lat i w Szkocji spisywały się średnio, generując nieco otarć. Na dodatek zostało na nich trochę kleju z plastrów, którymi się przed tymi otarciami ratowałem.

Buty - mam dwie pary butów firmy Salewa: lżejsze Firetail Evo oraz cięższe Mountain Trainer Mid GTX. Pierwsze szybko przemakają, ale szybciej schną, w drugich można przechodzić przez rzeki (dopóki woda nie wleje się od góry, to nic się nie stanie). Miałem niezły dylemat, które z nich zabrać, bowiem są dwie szkoły dobierania butów do podmokłego terenu. Ostatecznie zdecydowałem się na te drugie, głównie z uwagi na to, że są one lepiej rozchodzone, również w warunkach zimowych i na 50-kilometrowych marszach i byłem ich dość pewny, czego nie mogę aż tak powiedzieć o Firetail Evo, które mam krócej. I istotnie, buty jak już przemokły, to niezbyt chciały wyschnąć, ale za to mogłem przechodzić w nich rzeki i bagna bez pogarszania sytuacji. Po kilku dniach miałem otarcia tylnej części stopy, ale poradziłem sobie z nimi dzięki plastrom na odciski, kosztem zapaskudzonych klejem skarpet :). Miałem też sandały, których używałem podczas biwaku, aczkolwiek one też miały swój niewielki udział, bowiem przeszedłem w nich około 45 kilometrów tam, gdzie nawierzchnia na to pozwalała. Ogólnie w przypadku CWT zasada jest jedna: jakie buty by nie były, muszą bezwzględnie chronić kostkę. Na tej trasie to nie zabawa - z mokrymi stopami jakoś dojdziesz; ze skręconą nogą nie.

Kijki trekkingowe - najstarszy element wyposażenia, kupione jeszcze w 2008 roku kijki firmy McKinley, nawet nie pamiętam już modelu. Widać po nich wyraźne ślady zużycia i szczerze mówiąc to zadziwia mnie, że trzymają się do dzisiaj, ale mam do nich pewien sentyment :). Niemniej, prawdopodobnie niebawem będę musiał po prostu wymienić je z powodu zużycia.

Do tego para ubrań do spania (zwykły podkoszulek, getry i skarpety do snu), buff, czapka z daszkiem, pokrowce przeciwdeszczowe na plecaki i to wszystko. Do zapakowania użyłem trzech syntetycznych, wodoodpornych worków o pojemnościach: 8, 4 i 2 litry. Pierwszy był na ubrania, drugi na śpiwór, trzeci na drobną elektronikę i papier toaletowy. W trakcie wędrówki dokupiłem siatkę ochronną na głowę przeciwko komarom, nastraszony przez miejscowych, że te już przyleciały (a miały być w czerwcu). Spodziewałem się hordy komarów, która zaatakuje mnie za następną górą. W praktyce siatka nie była potrzebna, gdyż owszem, tu i ówdzie kilka tych stworzonek latało, ale maj jest mimo wszystko wciąż zbyt zimny, by utrzymać większą populację.

Higiena

Do mycia miałem biodegradowalne mydło turystyczne, którego i tak nie należy używać w pobliżu zbiorników i cieków wodnych. Do tego pasta do zębów, szczoteczka, obcinaczka do paznkoci, którą zostawiłem przypadkiem w Craig. Na co dzień myłem się po prostu zwykłą wodą i to w zupełności wystarcza. Na wyprawy z zasady nie biorę żadnego sprzętu do golenia.

Ważna rzecz - w Szkocji bezwzględnie należy mieć przy sobie preparat przeciwko komarom i kleszczom. Choć te pierwsze pojawiają się owianymi legendą hordami dopiero z początkiem czerwca, to kleszcze występują już w maju. Ryzyko zarażenia boreliozą jest tam bardzo niskie, lecz wciąż istnieje i lepiej dmuchać na zimne. Polecam już na miejscu nabyć szkocki preparat Smidge; nie da się go kupić w Polsce, natomiast działa bardzo dobrze, jako że był projektowany pod szkockie warunki.

Ilustracja
Niemal kompletne wyposażenie po uzupełnieniu zapasów w Ullapool.

Wyżywienie

Na CWT bazowałem w całości na samodzielnie przygotowywanym jedzeniu i nie korzystałem z liofilizatów. Miałem wydzielone porcje kuskusu, kaszy i owsianki, które uzupełniałem konserwami rybnymi, olejem, ciastkami zbożowymi, czekoladą, chałwą i orzechami. Celowałem w produkty o najlepszym stosunku dostarczanej energii do masy. Jedzenie wypełniało całą resztę plecaka "pod korek". Dieta dostarczała wszystkich niezbędnych elementów (w szczególności węglowodanów, tłuszczy i białek), jednak jej problemem było to, że nie spożywałem dziennie tyle kalorii, ile powinienem, jak na taki wysiłek - średnio wychodziło ok. 2200 kalorii dziennie, czyli mniej więcej tyle, ile zużywa organizm podczas niezbyt intensywnego dnia. Braki częściowo uzupełniałem po dotarciu do wiosek, niemniej po powrocie i tak przez kilka dni miałem porządną gastrofazę tak, że mogłem zjeść ogromne śniadanie, dwa obiady, gigantyczną kolację i do tego jeszcze kilka mniejszych posiłków.

Podsumowanie

Jeśli chodzi o sprzęt biwakowy, wciąż jest pole do poprawy parametrów. Głównym źródłem informacji o sprzęcie na CWT były dla mnie blogi Brytyjczyków, gdzie przodowali miłośnicy ultralekkiego podejścia. Istotne jest dla mnie, że sprzęt się sprawdził, innymi słowy - jest on w zupełności wystarczający do przeżycia wiosną na CWT. Do dopracowania jest na pewno pomysł na przedni plecak, na który wpadłem dosłownie w ostatniej chwili i wziąłem to, co akurat miałem. Jeśli chodzi o ubiór, to choć zasadnicza część działa już nieźle, wciąż trzeba popracować nad drobnymi rzeczami, jak choćby bielizna, które potrafią bardzo mocno uprzykrzyć wędrówkę. Ponadto trzeba wziąć poprawkę, że mam dużą tolerancję na niższe temperatury (na wyższe również) i dla części ludzi taki ubiór, jak mój, będzie zdecydowanie zbyt zimny.

Tomasz Jędrzejewski

Programista Javy, lider techniczny. W wolnych chwilach podróżuje, realizując od kilku lat projekty długodystansowych wypraw pieszych.

ten wpis jest częścią serii

Cape Wrath Trail

poprzedni wpis Cape Wrath Trail następny wpis Mapa Cape Wrath Trail

Komentarze (0)

Skomentuj

Od 3 do 40 znaków.

Wymagany, anonimizowany po zatwierdzeniu komentarza.

Odpowiedz na pytanie.

Edycja Podgląd

Od 10 do 8000 znaków.

Wszystkie komentarze są moderowane i muszą być zatwierdzone przed publikacją.

Klikając "Wyślij komentarz" wyrażasz zgodę na przetwarzanie podanych w nim danych osobowych do celów moderacji i publikacji komentarza, zgodnie z polityką prywatności: polityka prywatności