Koronawyprawa

Koronawyprawa

Czyli rowerem dookoła Polski z zachowaniem reżimu sanitarnego.

środa, 7 października 2020

Podróże | seria Koronawyprawa

Nie ukrywam, że po ukończeniu pielgrzymki z Krakowa do Santiago de Compostela w Hiszpanii dopadł mnie regres wyprawowy widoczny m.in. w znikomej aktywności na blogu. Powodem były raczej okoliczności niż lenistwo, bowiem plany miałem, tylko każdy z nich po kolei upadał. Na ubiegły rok wymarzyłem sobie pieszy trawers Islandii, ale dość szybko musiałem go odwołać. Zamiast niego postanowiłem przejechać rowerem szlak Green Velo. Dwutygodniową wyprawę skończyłem piątego dnia w Terespolu z kontuzją i musiałem wrócić do Krakowa, nie będąc w stanie już dalej jechać. Cóż, pech. Przyszedł nowy rok 2020, nowe możliwości, nowy ja, zatem pierwszego stycznia zadałem sobie pytanie, gdzie by tu pojechać i dlaczego właśnie na Islandię. Niestety tym razem dla odmiany wybuchła światowa pandemia, która powstawiła rzeczywistość do góry nogami. Wiosna była czasem jednej wielkiej niepewności, jednak gdy tylko zdjęto restrykcje, zacząłem myśleć... jakikolwiek wyjazd za granicę stał pod znakiem zapytania. Pomijając już przerwane treningi, nie dało się z wyprzedzeniem przewidzieć czy granice będą otwarte, czy loty samolotami będą możliwe, czy nie będzie kwarantanny po przyjeździe. Traf chciał, że krótko przed zamrożeniem Polski kupiłem sobie nowy rower. Cóż... skoro dwa razy mi ta Islandia nie wyszła, to może by tak po raz drugi spróbować pojeździć po ojczystej ziemi? W końcu wciąż jest sporo zakątków kraju, w których jeszcze nie byłem, a gdyby cokolwiek się posypało, powrót do Krakowa byłby o wiele łatwiejszy. Tak narodziła się Koronawyprawa, czyli podróż rowerem dookoła Polski, wyprawa na miarę obecnych czasów z zachowaniem reżimu sanitarnego :). A, i tym razem jednym z założeń wyprawy rowerowej było jej ukończenie.

Ilustracja
W drodze do Augustowa...

Przygotowania

Szczegółowy projekt wyprawy zacząłem opracowywać w maju. Z islandzkich planów pozostał mi miesięczny urlop do zagospodarowania. Rysując palcem po mapie odkryłem, że jadąc rowerem da się w tym czasie okrążyć większość Polski i zakończyć podróż w miejscu startu. Jeśli chodzi o trasę, to w pierwszej części wybór był oczywisty: pojechać ponownie Green Velo, później drogę musiałem już wytyczyć sobie samodzielnie. Wyciągnąłem wnioski z dwóch wcześniejszych (i nieukończonych) wypraw rowerowych. Po pierwsze, nie przesadzać z długością etapu. Co innego jest przejechać sobie 140-150 kilometrów jednorazowo w weekend, a co innego - gdy następnego dnia także jest dystans do przejechania, i następnego... i następnego. Naprawdę nie chciałem skończyć z kolejną kontuzją, dlatego przyjąłem sobie, by jechać średnio po 100 km dziennie, a etapy dłuższe niż 120 kilometrów robić tylko w ostateczności. Drugi wniosek - jeśli przede mną jest miesiąc jazdy, muszę robić sobie regularne dni przerwy na regenerację i tu mój wybór padł na przerwę co 5 dni. I wreszcie trzeci wniosek - wykorzystać pozostały czas na treningi i jeżdżenie po okolicy, by przygotować sprzęt i siebie, co też uczyniłem.

Ilustracja
Przeprawa przez San w rodzinnym Nisku (most kolejowy na linii 66)

Którędy jechałem?

Ostateczna trasa składała się z 25 etapów poprowadzonych częściowo po szlakach Green Velo oraz EuroVelo R-10 Via Baltica, a częściowo będących moją autorską twórczością. Poniżej przedstawiam mapkę poglądową - dla zainteresowanych ślad trasy można pobrać, otwierając mapkę w nowej zakładce (ikonka prostokąta w prawym górnym rogu) i wybierając z opcji obok tytułu pozycję "Pobierz ślad KML".

Przygotowałem sobie także kilka wariantów alternatywnych, dzięki którym mogłem skrócić drogę w różnych momentach poprzez opuszczenie kilku etapów, ale wciąż przejechać pętlę i zakończyć jazdę w Krakowie. Ogólnie stawiałem na swobodę i elastyczność, ślad GPS miał mi po prostu pomagać bym nie wylądował nagle w jakimś bagnie, albo bym nie skończył etapu w środku bezludnego lasu. I faktycznie, rzeczywista trasa ukazana na powyższej mapce nie pokryła się w pełni z planami. Przykładowo, oryginalnie planowałem przejechać przez Wrocław (zaznaczone kolorem szarym), jednak już w trakcie jazdy zorientowałem się, że próba przejechania ze Szczecina do Poznania w dwa dni po 140 km każdy byłaby niepotrzebnym wysiłkiem. Dodałem zatem tam króciutki etap Gorzów-Międzychód, a ten dodatkowy dzień odzyskałem, omijając Wrocław od północy. W GPS-ie miałem wgrany odpowiedni wariant z noclegiem w Kępnie, ale okazało się, że rząd ogłosił w tamtych okolicach czerwoną strefę koronawirusa. Zdecydowałem się zatem na już kompletnie improwizowany etap do Namysłowa, niestety kosztem jazdy przez prawie 40 kilometrów do Kluczborka drogą krajową.

Ilustracja
Rzeka Bug, Mielnik - w oczekiwaniu na prom...

Wrażenia

Przygotowana trasa okazała się bardzo różnorodna, a każda jej część miała inny klimat płynący zarówno z mijanych okolic, jak i charakteru danego szlaku. Green Velo to znakomicie przygotowana infrastruktura, ścieżki rowerowe, miejsca obsługi rowerzystów, aplikacja na telefony, baza informacji noclegowych. W centralnej części szlaku codziennie mijałem kilka grupek rowerzystów z sakwami; ku mojemu zaskoczeniu trafili się nawet obcokrajowcy - para młodych Niemców, którzy chcieli dotrzeć do Berlina. Zaskoczenie brało się głównie z powodu trwającej pandemii. Gdyby nie ona, ich obecność nie byłaby niczym niezwykłym, bowiem Green Velo już wyrobiło sobie pewną renomę i jest jak najbardziej znane poza granicami Polski.

Może wydać się to dziwne, ale lubię nadbałtyckie krajobrazy, tylko nie ten rodzaj, który ma na myśli większość Polaków. Nie jeżdżę tam, by leżeć na plaży wśród tysięcy parawanów, ale podróżować. Przeszedłem już w ostatnich latach większą część polskiego wybrzeża, a teraz mogłem poznać znane mi już okolice z zupełnie nowej perspektywy i zobaczyć też miejsca leżące nieco dalej od lądu, gdyż rowerem plażą z oczywistych względów nie pojadę. W zachodniopomorskim czekała na mnie dobra infrastruktura rowerowa w postaci ciągnących się przez dziesiątki kilometrów ścieżek rowerowych, dzięki którym mogłem sobie spokojnie jechać, nie przejmując się samochodami. Jednak największa wartość tej wyprawy to odwiedzenie całego szeregu zakątków Polski, w których dotąd nie byłem. Marzyłem o nadrobieniu zaległości od lat, a tu mogłem odwiedzić sporo miejsc za jednym zamachem. Choć charakter wyprawy nie pozwalał mi się zatrzymywać na dłużej, to dał mi pewien ogląd, jak Polska wygląda i gdzie potencjalnie warto byłoby w przyszłości wrócić. Szczególnie zachwycony jestem Podlasiem i Suwalszczyzną, gdzie krajobrazy kojarzyły mi się mocno ze Szkocją i Walią. Przypuszczam, że gdybym był w okolicach Suwałk wcześniej, skojarzenie byłoby dokładnie odwrotne. Zwracałem też uwagę np. na ślady po czasach zaborów widoczne między innymi w różnicach w stylu zabudowy między różnymi częściami kraju. Odkryłem, że dużo łatwiej można takie różnice zaobserwować z siodełka niż idąc pieszo - te kilkanaście kilometrów na godzinę ekstra robi różnicę, a jednocześnie nie jest wciąż zbyt szybkie.

Jeśli chodzi o pogodę, udała mi się ona doskonale. Całą wyprawę zrealizowałem w sierpniu (konkretniej od 1 do 29 sierpnia) i okazało się, że dzięki takiemu, a nie innemu przebiegowi udało mi się elegancko ominąć falę upałów. Gdy w Krakowie bliscy i znajomi usychali z gorąca, ja jechałem akurat przez najchłodniejsze rejony Polski, czyli Podlasie i Suwalszczyznę, gdzie temperatury nie przekraczały 30 stopni, a w okolicach granicy z Litwą miałem wręcz "zaledwie" 22 stopnie i lodowaty wiatr. Również nad morzem jest odrobinę chłodniej. Z kolei kiedy ogólnie temperatury zaczęły powoli spadać, ja zmierzałem już na cieplejsze południe. Ogółem trafiłem tylko na jeden dzień prawdziwego upału (Szczecin), zaś większe deszcze dopadły mnie dopiero w ostatnim tygodniu jazdy: przy wyjeździe ze Szczecina, Poznania i Częstochowy.

Ilustracja
Biebrzański Park Narodowy po zachodzie słońca.

Siła i zdrowie

W obliczu panującej na świecie sytuacji ważną kwestią dla mnie było, aby realizując taką podróż niepotrzebnie nie narażać na zakażenie ani siebie, ani innych. Najprościej byłoby oczywiście nigdzie nie jechać i siedzieć cały miesiąc w domu, ale to skończyłoby się innymi reperkusjami fizycznymi i psychicznymi, niekoniecznie mniej uciążliwymi. Pomimo treningów nie miałem też pewności co do własnej kondycji. Na rowerze mięśnie pracują nieco inaczej niż przy długodystansowym marszu, po drodze był zwariowany czas lockdownu, a nawet gdyby nie to, po prostu - nigdy dotąd nie przejechałem aż tak długiego dystansu naraz rowerem. Biorąc to wszystko pod uwagę, przyjąłem sobie kilka postanowień:

  • śpię w jednoosobowych kwaterach: aby móc się bez problemu umyć, aby móc dobrze odpocząć, aby unikać dłuższych spotkań z obcymi ludźmi,
  • nie biorę namiotu: konsekwencja powyższego, to prawie 2,5 kg mniej dodatkowego sprzętu do wiezienia; nie tylko namiot, ale i materac, jakiś śpiwór, sprzęt do gotowania, niestety z drugiej strony podnosi to koszt wyprawy - tu uznałem, że z uwagi na sytuację warto,
  • w trakcie jazdy nie wstępuję do sklepów: zakupy robię raz dziennie w miejscu noclegu i zapasy wody oraz przekąsek na następny etap wiozę w sakwach,
  • unikam tłumów: w trakcie jazdy to oczywiście nie problem (jadę sam), chodzi bardziej o sklepy, restauracje i wszelkie miejsca, do których z jakiegoś powodu zachodzę,
  • maseczka w zamkniętych pomieszczeniach i dezynfekcja rąk: obowiązkowo i w miarę możliwości oddalam się od ludzi, którzy jej nie mają,
  • regularne dni przerwy: wspomniany już wcześniej dzień odpoczynku na dodatkową regenerację oraz zobaczenie czegoś więcej tam, gdzie się zatrzymam. Takie przerwy wypadły mi w Serpelicach (niedaleko Janowa Podlaskiego), Gołdapi, Ustce i Poznaniu.

I chyba faktycznie się te postanowienia sprawdziły. Wróciłem zdrowy, Sanepid nie dzwonił... choć muszę przyznać, że pomimo znajdowania się w samym środku cywilizowanej Europy była to bardziej samotna wyprawa niż przejście przez dzikie góry północnej Szkocji 4 lata temu :).

Ilustracja
A w Poznaniu obsługa hostelu zrobiła mi miłą rowerową niespodziankę.

Podsumowanie

Koronawyprawie pragnę poświęcić kilka najbliższych artykułów. Wśród nich na pewno znajdą się dokładniejsze opisy szlaków Green Velo oraz EuroVelo R-10, będzie też tradycyjny przegląd sprzętu oraz recenzja roweru, na którym pojechałem. Zapraszam zatem do dalszej lektury i obejrzenia jeszcze kilku zdjęć.

Ilustracja
Kołobrzeg, rowerowa inspekcja wybrzeży Bałtyku.
Ilustracja
Witamy w Poznaniu!
Ilustracja
Częstochowa, to już prawie meta, tylko jeden etap do końca. Chyba się udało :)

Tomasz Jędrzejewski

Programista Javy, lider techniczny. W wolnych chwilach podróżuje, realizując od kilku lat projekty długodystansowych wypraw pieszych.

ten wpis jest częścią serii

Koronawyprawa

Komentarze (0)

Skomentuj

Od 3 do 40 znaków.

Wymagany, anonimizowany po zatwierdzeniu komentarza.

Odpowiedz na pytanie.

Edycja Podgląd

Od 10 do 8000 znaków.

Wszystkie komentarze są moderowane i muszą być zatwierdzone przed publikacją.

Klikając "Wyślij komentarz" wyrażasz zgodę na przetwarzanie podanych w nim danych osobowych do celów moderacji i publikacji komentarza, zgodnie z polityką prywatności: polityka prywatności