Return to Ommadawn

Return to Ommadawn

Recenzja najnowszego albumu Mike'a Oldfielda pisana z perspektywy "pół roku po".

niedziela, 6 sierpnia 2017

Przegląd

Cieszę się, że nie podjąłem się próby zrecenzowania Return to Ommadawn w styczniu, tuż po ukazaniu się na rynku. Gdy Mike Oldfield ogłosił, że zamierza nagrać kontynuację swego trzeciego albumu Ommadawn z 1975 roku, wywołał bardzo duże poruszenie. Wśród wielu fanów Mike'a uchodzi on bowiem za najbardziej osobisty album w jego dorobku i muzyczne arcydzieło. Z tego powodu oczekiwania były ogromne i tak naprawdę ciężko było powiedzieć, czego można się spodziewać. Czy będzie to podobne podejście, jak w przypadku Tubular Bells 2, czy może coś zupełnie nowego? Wypuszczone demka tylko podsycały domysły i apetyt. Album się ukazał i... reakcje były mieszane. Niebawem krążek trafił także i w moje ręce. Włączyłem odtwarzanie i też powiedziałem sobie "hmmm...". Zgadnijcie jednak, co się stało. Następnego dnia puściłem sobie RtO ponownie, następnego dnia jeszcze raz, potem jeszcze raz i jeszcze raz. I tak trwa to aż do dnia dzisiejszego, a album znajduje się na szczycie mojej listy najczęściej słuchanych utworów Oldfielda, tuż obok moich ulubionych Platinum i Incantations 4.

Muzyka Mike'a jest tworem bardzo złożonym. Doświadczyłem tego już wcześniej, gdy dopiero poznawałem stopniowo jego twórczość, utwór o utworze. RtO wywołuje podobny efekt i już to jest pierwszym znakiem, że mamy do czynienia z udanym powrotem do korzeni. Szczególnie ujął mnie początek - pełne tajemniczości dźwięki gitary i rozbrzmiewających tu i ówdzie fletów, z cichym, głuchym podkładem basowym. Wywołują one pewien niepokój i wrażenie, że oto wkraczamy w coś nieznanego, gdzie musimy poruszać się ostrożnie. To bardzo dobre nawiązanie do oryginału, jest jednak jedna subtelna różnica. W Ommadawn w tle tego niepokoju kryła się obawa i wręcz strach, jakbyśmy wchodzili w coś, gdzie niezbyt chcemy wchodzić, ale jednak musimy. Tutaj ten niepokój raczej pobudza ciekawość, zmusza do zadania pytań: co będzie dalej? Co to za miejsce? Kim jest jego właściciel? Styl rozwinięcia i zakończenia Return to Ommadawn Part 1 także jest wzorowany na oryginale. Rozwinięcie jest spokojne i pełne łagodności, po którym następuje finalna sekwencja na bębnach z chórkiem w tle. Pomysł na muzykę jest tutaj jednak zupełnie inny i cały czas daje się zauważyć tę samą subtelną różnicę między oboma albumami. Wtedy - zmagania i walka. Dzisiaj - pewność, determinacja i zdecydowanie. Czymś, co lekko nie spięło się Mike'owi, to przejście z rozwinięcia do finału, które w oryginale było bardzo naturalne, a tutaj jest nagłym urwaniem się jednego motywu i rozpoczęciem innego. Zwróciłem na to uwagę przy pierwszych przesłuchaniach, jednak na szczęście nie razi ono i po pewnym czasie przestałem je wręcz zauważać. Na krążku znajduje się także Return To Ommadawn Part 2, który jest całkowicie nowym i autorskim utworem. I o ile w oryginale z 1975 roku moim osobistym zdaniem części drugiej nie bardzo dało się na dłuższą metę słuchać, ponieważ - zapewne celowo - była dość męcząca, to tutaj dwójka jest przepiękną muzyczną opowieścią, do której chętnie się wraca.

To prowadzi nas do pytania - skąd w takim razie te początkowe, mieszane reakcje? Wydaje mi się, że wielu ludzi spodziewało się skopiowania Ommadawn, z tym samym klimatem, z tą samą strukturą, tyle że z nieco innymi motywami. Doszedłem jednak do wniosku, że to życzenie było niemożliwe do zrealizowania. Nie powstała kopia Ommadawn, bo po prostu nie mogła ona powstać. Jak wspomniałem wcześniej, był to najbardziej osobisty album Mike'a. Oldfield w 1975 roku był osobą mocno zamkniętą w sobie, która z trudem radziła sobie z nagłą popularnością. Tamta muzyka była odbiciem wewnętrznej walki, która toczyła się w nim samym, walki o odnalezienie się w mocno pogmatwanym i nieuporządkowanym świecie. Kilka lat później, w trakcie nagrywania Incantations Mike wraz ze swoim rodzeństwem przeszedł mocno kontrowersyjną terapię exegesis i uporał się z demonami przeszłości. Wyszedł z niej jako pewny siebie gość, który spokojnie rusza sobie w trasę koncertową razem ze swoim zespołem, na scenie trzyma mocny kontakt z publicznością i który wie, że ma oparcie w ludziach wokół siebie. Wlaśnie tego Mike'a mamy dzisiaj ze sobą i jeśli Return to Ommadawn miał być osobistym albumem, to musiał siłą rzeczy być odbiciem jego obecnego stanu ducha.

Skąd zatem ten niepokój i niepewność na albumie? W maju 2015 roku jeden z synów Oldfielda, Dougal, popełnił samobójstwo w wieku 33 lat. Ta tragedia bardzo nim wstrząsnęła. W wywiadzie przyznał się, że był to dla niego bardzo trudny czas i przypominał mu on lata sprzed exegesis. Stąd narodziła się idea nagrania bezpośredniej kontynuacji Ommadawn. Tym razem jednak album nie opowiada o człowieku toczącym w swoim wnętrzu walkę sam ze sobą, ale o poukładanym facecie, który stracił syna. Poukładany człowiek da sobie radę z życiową tragedią, słychać to na albumie, zwłaszcza w końcówce drugiej części. Bardzo mnie to cieszy, gdyż to jest znak, że Mike wygrał swoje życie po raz kolejny. I o to chodzi.

Dzisiaj już raczej nie nagrywa się takiej muzyki. Oldfield zrobił tu jeszcze jeden celowy zabieg, mianowicie podczas nagrywania starał się unikać używania komputerów. To nie przypadek, że nie ma tu perfekcji, a tu i ówdzie da się usłyszeć zgubione nuty. To kolejny powrót do korzeni, a sam autor ujął to tak, że po latach tworzenia muzyki na komputerze doszedł do wniosku, że właśnie te drobne błędy sprawiają, że muzyka ma duszę. Taki album w 2017 roku to prawdziwa perła - jeśli lubisz dobrą współczesną muzykę, mogę z czystym sumieniem polecić Return to Ommadawn.

Tomasz Jędrzejewski

Programista Javy, lider techniczny. W wolnych chwilach podróżuje, realizując od kilku lat projekty długodystansowych wypraw pieszych.

Autor zdjęcia nagłówkowego: Samantha Beddoes, CC-BY-2.0

Komentarze (0)

Skomentuj

Od 3 do 40 znaków.

Wymagany, nie będzie publikowany.

Odpowiedz na pytanie.

Edycja Podgląd

Od 10 do 8000 znaków.

Wszystkie komentarze są moderowane i muszą być zatwierdzone przed publikacją.