Był to już trzeci mój wyjazd na szusowanie po stokach, z kilku powodów inny od poprzednich. Po pierwsze, zmieniliśmy miejsce, udając się tym razem zamiast w okolice Piwnicznej Zdroju (gdzie śniegu obecnie prawie nie ma), do wsi Czerwienne na Podhalu, leżącej w bezpośrednim sąsiedztwie Zakopanego. Wynajęty domek położony był zaledwie 300 metrów od, czyimś zdaniem, najlepszej pizzerii w regionie, do której nawet nie zajrzeliśmy, To dopiero perwersja. Ludzie gotowi są pół Polski przejechać, aby zakosztować wybitnej pizzy, a tu jacyś niewyparzeni turyści z Podkarpacia mieszkają obok niej przez trzy dni i tak brutalnie ją ignorują :). Gdy niebo nie było zbyt mocno zachmurzone, z panoramicznych okien w jadalni widoczne były wzbijające się w niebo szczyty Tatr. Za pole do szaleństw służyła nowa stacja narciarska Czerwienne-Budz, ze stokiem zjazdowym długości 620 metrów, oświetleniem, sztucznym naśnieżaniem, maszyną wyrównującą, wypożyczalnią sprzętu i niewielką knajpką. Trasę mogę określić jako nie za trudną oraz jednocześnie nie za łatwą. Pierwsza jej część ma umiarkowane nachylenie i główne nierówności nawierzchni, na jakie się tam trafia, są koleinami zostawianymi przez snowboardzistów (w pewnym miejscu jakaś grupka zapewne wielbiąca rolnictwo tak pięknie poorała nimi śnieg, że w zasadzie najbezpieczniej się jechało tamtędy na pałę przed siebie, bez żadnych skrętów). Dalej stok zaczyna robić się coraz bardziej stromy, aż w końcu lądujemy na dolnej stacji wyciągu, który zabiera nas na górę i pozwala na powtórzenie zabawy.
Kolejna zmiana dotyczy samego sprzętu. W poprzednich latach cały ekwipunek wypożyczaliśmy na miejscu, jednak w obliczu faktu, że zarówno mnie, jak i bratu, narciarstwo przypadło do gustu, stan taki nie mógł trwać wiecznie. W tym sezonie zjeżdżaliśmy już we własnych butach narciarskich i goglach. Do kompletu brakuje jedynie najważniejszej rzeczy - nart, ale to już pozostawiamy na kolejny rok.
A teraz pora wracać do pracy. Czekają projekty, czeka matura.














