Tym razem dla odmiany musiałem wysłać kilkukilobajtowe archiwum zawierające cztery pliki tekstowe: dwa TXT i kody źródłowe dwóch krótkich programików w C. Gdy Google znów pokazał mi ten sam komunikat, zerknąłem na zegarek na pasku zadań, czy przypadkiem nie jest prima aprilis. Nie, na pasku zadań migotał wesoło "9 listopada 2008". Zabrałem się zatem za poszukiwanie przyczyny. Archiwum zawierało wyłącznie te cztery pliki, ani jednego więcej, ani mniej. Dla pewności zmieniłem wszystkim rozszerzenie na TXT, ale Gmaila specjalnie to nie ruszyło. Sprytny skurczybyk, ale jako student informatyki AGH oraz specjalista od spraw głupich i beznadziejnych nie poddaję się łatwo. Postanowiłem zgłosić błąd w usłudze lub poprosić o opisanie, w jaki sposób (spakowany) kod źródłowy C potrafi się automatycznie sam skompilować i uruchomić bez ingerencji użytkownika. Tu zaczęły się schody.
Interfejs narzędzi Google'a uchodzi za jeden z bardziej przejrzystych i racjonalnie rozplanowanych. Tak jest w istocie, ale tylko do czasu, gdy nie przyjdzie nam do głowy powiadomić tę jakże szacowną firmę, że jeden z ich produktów nie jest kwintesencją doskonałości. Z okna komponowania wiadomości trafiłem do pomocy Google. Bardzo szybko znalazłem tam informację o tym, że niektóre typy plików w załącznikach są niedozwolone, o czym doskonale wiem, jako wieloletni użytkownik tej usługi. Wróciłem więc do strony głównej i wyklikałem zupełnie inną drogę do tych samych materiałów, przy okazji będąc zmuszonym do włączenia Firefoksa (dalsze epitety pod adresem współpracy tej przeglądarki z Google pominę, by nie wywoływać fali oburzenia wśród użytkowników płonącego liska). Podejście numer trzy. Dostałem się na stronę główną grupy dyskusyjnej poświęconej... pomocy Google. Rzeczywiście, potrzebuję pomocy, ale już nie z załącznikiem, a zgłoszeniem błędu, wsparciem społeczności podyktowanym wzajemną symbiozą i altruistyczną troską o jakość oprogramowania, o co przecież walczą twórcy tak dużej liczb projektów. Lekko poirytowany otwarłem nową zakładkę i zgodnie z III prawem Internetu "jeśli czegoś nie ma w Google, to nie istnieje", wpisałem w wyszukiwarkę where the fuck can i report google bug. Znalazło mi parę podstron, wśród których była informacja na jakimś blogu, że kiedyś przez chwilę był bugtracker, ale znów się ukrył. Wobec tego spróbowałem przeszukać grupę dyskusyjną pomocy - może ktoś tam już nieopatrznie napisał, że Google traktuje mu niewinne pliki tekstowe jako wykonywalne. Niestety...
Dalsza eksloracja doprowadziła mnie do ankiety dotyczącej centrum pomocy. Hehehe... chcą sugestii, dostaną je. Czy jestem zadowolny z Gmaila... jestem. Czy jestem zadowolony z centrum pomocy? Ani trochę. Czy znalazłem potrzebne informacje? Nie. Opisz nam swój problem (sesja psychiatryczna on-line?)... well, I wanted to find some information, how to report a bug in Gmail concerning attachments. The help pages redirected me over and over to the same information that had nothing to do with my problem. Szczerze mówiąc wątpię, by to coś zmieniło, gdyż w końcu produkty Google'a są idealne i błędów w nich nie ma. To nie Google przesadza z bezpieczeństem, lecz użytkownik z wymaganiami. To nie Google nie trzyma się standardów sieciowych, lecz standardy nie trzymają się Google'a :). Tylko czekać, aż w ramach walki ze spamem zablokują możliwość odbierania wiadomości, a my nie będziemy mogli za 30 lat zjeść śniadania, ponieważ nasza kanapka zawierać będzie plik wykonywalny. Też się krzemojadom zachciało błędy zgłaszać. Cóż za obraza majestatu!
A chciałem tylko wysłać e-mail z załącznikiem...






Napisał WebCM w niedzielę, 9 listopada 2008 o 23:48
Niektóre antywirusy są zbyt wyczulone. Na przykład Avast! znajduje trojany w narzędziu V-Grep i programie Depresz Beeper, choć ich tam prawdopodobnie nie ma. Ha, nawet wykrył wirusa w utworzonym przeze mnie projekcie Delphi 7! Mimo to Avast! zwyciężył w ostatnim teście Dobrych Programów.
Kiedyś w pomocy Google szukałem informacji na temat indeksowania stron zawierających parametry w GET. Z trudem dokopałem się do odpowiedniej podstrony. Dział pomocy Google wymaga przebudowy.