Zacznijmy od jednoznacznego zdefiniowania pojęć. Przez "teorię" rozumiem tutaj naukowy lub sformalizowany opis, wytłumaczenie jakiegoś zjawiska pasujący do sytuacji ogólnych lub hipotetycznych. Praktyką natomiast określę umiejętność radzenia sobie z rzeczywistymi problemami i opracowywanie ich rozwiązań. Żeby radzić sobie z problemem w praktyce, dobra znajomość teorii nie zawsze jest potrzebna, ale nie znaczy to, że nie pozostaje to bez wpływu na jakość rozwiązania. Gdyby spytać grupę osób, co preferują bardziej, odpowiedź byłaby jednoznaczna - ważniejsza jest praktyka i doświadczenie, co w sumie nie dziwi, zważając na dużą ilość opowieści o pracodawcach i tym, co ich bardziej interesuje. Moje poglądy w tej sprawie także ewoluowały. Z natury jestem praktykiem - poprzez czynne rozwiązywanie problemów uczę się znacznie więcej, niż lekturę suchego opisu, co nie wyklucza rozumienia jego roli. Sęk w tym, że do opanowywania teorii wykorzystuję praktykę i w moim przypadku sprawdza się to dobrze.
Nie wszystkie zjawiska dają się łatwo opisać teoretycznie. Czasami dochodzi wręcz do paradoksalnej sytuacji, że rzecz pojmowana niemal intuicyjnie i możliwa do opisania w paru prostych słowach wymaga wielostronicowych wyprowadzeń, twierdzeń i szeregu definicji. To, czy potrafimy sobie przyswoić zagadnienie, po prostu czytając kolejne opisy, wynika z kilku czynników:
- Wrodzone predyspozycje, inteligencja - w szczególnych przypadkach potrafią naprawdę porządnie rzutować na zdolności uczenia się, ale nie będę tego dokładnie analizować, by się za bardzo nie rozdrobnić.
- Znajomość dziedziny wiedzy - orientowanie się w stosowanej metodyce, a także większa ilość przypadków, które możemy sobie przez analogię skojarzyć, wpływa pozytywnie na rozumienie.
Co do jednego wszyscy są zgodni - najważniejsza jest umiejętność myślenia i aktywność umysłowa. Jeżeli mózg jest stale czymś zajęty, a ponadto pobudzonych jest wiele ośrodków, nie tylko się nie nudzimy, ale też szybciej przyswajamy fakty. Jest to szczególnie konieczne, gdy uczymy się materiału będącego dla nas nowością.
Do czego zmierzam? Zauważmy, że nieużywana lub nieodświeżana wiedza teoretyczna ulega częściowemu zapomnieniu, a szybkość tego procesu zależy od tego, jak bardzo została ona wbita w mózg. Zwyczajne zapamiętanie ma stosunkowo małą siłę; dopiero robienie użytku z informacji utrwala je niczym beton. Bez wiedzy teoretycznej praktyczne korzystanie z informacji także silnie utrwala, ale nasze intuicyjne wyobrażenia, które nie zawsze są poprawne i na dłuższą metę mogą prowadzić nas do błędnych rozwiązań. W praktyce wielu osobom teoria kojarzy się z nudną nauką pamięciową z powodu nauczycieli, którzy wolą mówić "nauczcie się XXX na piątek", zaś uczenie robienia użytku ze zdobytej wiedzy traktują po macoszemu. Postawienie na jedno lub drugie ma wady - w przypadku teorii bardziej bezpośrednie (ulotność wiedzy), dla praktyki pośrednie (kłopoty z przeskoczeniem niektórych problemów, błędne wnioski). Skuteczne rozwiązanie to dobór odpowiednich proporcji.
W nauczaniu podstawowym i średnim jest to dość łatwe do osiągnięcia, ponieważ występuje tu jedynie tematyczny podział materiału na przedmioty. Nauczyciel dostaje przedział czasu i może mieszać teorię z praktyką do woli, prezentując materiał i jednocześnie poprzez ćwiczenia pomagając w jego utrwaleniu. Na studiach zajęcia są dzielone także według formy na wykłady, ćwiczenia, laboratoria, seminaria i licho wie jeszcze, co. Ze zdumieniem obserwuję, że także i tutaj większa skuteczność występuje u prowadzących, którzy bez względu na typ potrafią takie połączenie zrobić umiejętnie, a nie trzymają się sztywno schematów, doprowadzając do kwadratury koła. Oto, co moim zdaniem jest idiotyzmem: na wykładzie wprowadza się w stosunkowo krótkim czasie ogromną porcję wiedzy. Jej natychmiastowe zrozumienie jest bardzo trudne, szczególnie gdy materiał jest nowością - ulotność pamięci. Co więcej, uwaga studenta skupiona jest na przepisywaniu zawartości tablicy i w efekcie wynosi on z wykładu jedynie stosik zapisanych kartek, obolałą rękę i chęć zamordowania prowadzącego przy pierwszej nadarzającej się okazji. Na ćwiczeniach wymagana jest co najmniej bardzo dobra znajomość teorii, którą można w tym stopniu opanować albo przez wielogodzinne kucie, albo poprzez ćwiczenia. Ale jeżeli wykonamy ćwiczenia poprawnie, to zajęcia o nazwie "ćwiczenia" są już nam średnio potrzebne, natomiast gdy popełnimy błąd, mamy pecha, bo może on rzutować na nasze rozumienie teorii. Tak czy inaczej, błędne koło się zamyka. Pomijam już fakt, że podejście to wymaga od studenta angażowania ogromnych ilości czasu, podczas gdy istnieją sposoby na osiągnięcie znacznie więcej mniejszym kosztem. Podam tu z własnego doświadczenia przykład paru zajęć:
- Analiza matematyczna - prowadzona, jak wyżej. Rezultat: okropne marnotrawstwo czasu, stres i konieczność angażowania naprawdę różnych środków, by przez ten przedmiot nie wypaść z obiegu.
- Algebra - nawet przychodząc na ćwiczenia nieprzygotowanym, można z nich skorzystać. Twierdzenia i definicje przed przyjściem do nich są przypominane, zaś zadania dobrane tak, aby ilustrowały i pozwalały przećwiczyć dane zagadnienie. Efekt: wysoka aktywność studentów na zajęciach, mniej wysiłku wkładanego w opanowywanie materiału i ogólnie pozytywny obraz przedmiotu.
- Komunikacja i techniki zarządzania - wykład był w zasadzie pokazem slajdów, które trzeba było przepisać do zeszytu, a wykładowca służył głównie do przewijania prezentacji i czytania tego, co było na rzutniku.
- Wprowadzenie do systemu Unix - elementem obowiązkowym każdego wykładu był komputer PC z uruchomionym Linuksem podłączony do rzutnika, na którym na bieżąco było prezentowane praktyczne zastosowanie omawianych zagadnień. Jeśli ktoś miał dodatkowo własnego laptopa z ww. systemem, mógł sobie to także samodzielnie na bieżąco ćwiczyć.
Wnioski, która forma zajęć w dłuższej perspektywie będzie lepsza dla studenta, bardzo prosto wyciągnąć samemu. Oczywiście prezentowana teoria musi być mieć jakąś wartość użytkową, a to jest sprawa względna zależna od tego, co tak naprawdę będziemy wykorzystywać. W przypadku drugorzędnych rzeczy, można o nich wspomnieć, ale na pewno wmawianie, że bez nich zginiemy to nieporozumienie w dobie Internetu i powszechnego dostępu do wiedzy. Jeżeli coś jest często potrzebne, na pewno to szybko zapamiętamy; dla rzadko używanych rzeczy wystarczy ogólniejsza wiedza, którą w razie potrzeby uzupełnimy ze stosownych źródeł.
Podsumowując - teoria i praktyka są równie istotne, a zarazem wzajemnie powiązane i na dłuższą metę nieznajomość jednego lub drugiego niesie ze sobą przykre skutki uboczne. Problemem jest sposób nauczania, zniechęcający do jednej z form (przeważnie teorii) i kojarzący ją z nudą oraz utrudniający opanowanie zagadnienia. Dlatego mówię "tak" teorii i praktyce, zaś "nie" ich separacji oraz zbytniemu rozdrobnieniu. Jednak w ostatecznym rozrachunku i tak najważniejsze jest twórcze oraz aktywne myślenie, bo gdy ktoś postępuje według utartych schematów, to żadna ilość praktyki mu nie pomoże. Ale o samym nauczaniu... może kolejny wpis?















Napisał Ludvik w środę, 12 grudnia 2007 o 07:15
Miło poczytać przy śniadaniu coś ciekawego ;)
Trochę tych studiów już minęło, więc faktycznie można wyciągnąć kilka wniosków z tego, jak wygląda nauka. Jeżeli chodzi o wykłady, to częściowo podzielam Twoje zdanie. Rzadko zdarza się, żebym nie idąc na wykład tracił coś ważnego. Wszystko jest w książkach i notatkach od wykładowców, więc można sobie dać radę. Inna sprawa to organizowane u nas repetytoria. Są to dosyć interaktywne wykłady, prowadzone przez innego wykładowcę. Nie jest on związany planem zajęć, dlatego robimy to, co jest w danej chwili przydatne. Takim sposobem możesz dowiedzieć się, jak rozwiązać zadanie z logiki, z którym masz jakiś większy problem. Moim zdaniem z takich zajęć można wyciągnąć na prawdę wiele...
Ćwiczenia spełniają raczej rolę mobilizacyjną, ale nie można moim zdaniem zapomnieć o pewnego rodzaju przyswajaniu wiedzy, które następuje podczas robienia zadania przy tablicy/dyskusji z osobą mądrzejszą/gapieniu się jak ktoś inny robi zadanie. Wprowadzenie swego rodzaju deklaracji na ćwiczenia zmusza do nauki, więc myślę, że ma swój pozytywny wpływ na wiedzę. Szkoda tylko stresu związanego z myślą o błędach, które można popełnić ;)
Wracając do głównego wątku, to mało kto chyba jest w stanie osiągnąć coś tylko poprzez czytanie książek... ;) Tak samo jak ćwicząc bez jakiejkolwiek wiedzy teoretyczne...