Góry
Na mapie mogę odfajkować cztery kolejne szlaki, aczkolwiek jedną z wycieczek trzeba będzie kiedyś powtórzyć, gdyż pogoda uniemożliwiła realizację wszystkich zamierzeń. Rozpocząłem od rozgrzewkowego przejścia najwyższym odcinkiem Tatrzańskiej Magistrali od Przełęczy pod Ostrvou (1966 m.n.p.m.) w okolice Gierlacha. Zaletą wędrowania właściwie wszystkimi południowymi zboczami są niesamowite panoramy. Zamieszkane doliny wokół nich położone są zaledwie 500 m.n.p.m., także różnica wysokości między nimi, a szczytami wynosi ponad 2 kilometry. Już widok od strony Popradu wywołuje przyspieszone bicie serca, a co dopiero spojrzenie na Poprad z takiej wysokości. Dziesiątki małych miasteczek, wiosek porozrzucanych wśród pól, a w oddali na horyzoncie inne pasma górskie, leżące być może dziesiątki kilometrów dalej...
Druga wycieczka prowadziła z osady Tatranské Zrubý na przełęcz Polski Grzebień (2200 m.n.p.m.). Znajduje się ona na głównej grani Tatr, o rzut beretem od Gierlacha. Łączy ze sobą Dolinę Wielicką od strony południowej oraz Dolinę Białej Wody od północnej, która dalej łączy się z Doliną Rybiego Potoku (w niej z kolei znajduje się znane chyba wszystkim Morskie Oko). Południowe wejście zawiera sporo rzeczy, które lubię w Tatrach, w tym wędrówkę skalisto-trawiastymi dolinami, gdzie z dwóch stron wybijają się w niebo granitowe masywy, niewielkie stawy z krystaliczną wodą i płaty śniegu zalegające gdzieniegdzie w zacienionych miejscach. Końcowy odcinek ubezpieczony jest dość długimi łańcuchami, jako że przejście jest tam wąskie, a niekiedy trzeba wspiąć się na parę metrów w górę po skalnej ścianie. O ich istnieniu dowiedziałem się oczywiście dopiero, gdy już do nich dotarłem, a o tym, że za załomem skalnym była 100-metrowa przepaść, przeczytałem wieczorem w jednym z przewodników :). Ogólnie jednak nie było tak źle, w sumie trudniejsza wydawała mi się zeszłoroczna Bystra Ławka (błędnie opisana wtedy przeze mnie jako Bystre Sedlo, tymczasem tamtejszy szlak został kilkanaście lat temu lekko zmieniony). Podczas wejścia największy problem sprawił mi właściwie kijek, w którym nagle odmówił posłuszeństwa mechanizm składania. Metodą brute-force zmusiłem go do uległości dopiero na przełęczy. Nieco gorzej było z zejściem, gdyż jak się nosi okulary, trzeba wyczyniać dodatkową gimnastykę głową, by dostrzec uchwyty poniżej. To i inne tego typu podejścia skłaniają mnie do zainteresowania się poważniej ofertami ścianek wspinaczkowych.
6 sierpnia to tradycyjne urodzinowe bicie rekordu wysokości, ostrożnie dawkowanego tak, by wystarczyło dostępnych publicznie szczytów jeszcze choć na kilka lat. Zdobywszy rok temu Koprowy Wierch, tym razem siłą rzeczy wybór padł na następny w kolejności Sławkowski Szczyt w południowo-wschodnim krańcu Tatr. Wznosi się on na wysokość 2452 metrów ponad poziom morza, a otwierają się z niego niesamowite panoramy okolicy, jako że właściwie nic nie zasłania widoku na południe oraz wschód. Co więcej, bardzo ładnie prezentuje się stamtąd Łomnica i Gierlach. Szkoda tylko, że niespecjalnie miałem okazję to zweryfikować, gdyż od wysokości mniej więcej dwóch kilometrów z kawałkiem zaczynała się najzwyklejsza w świecie chmura. Cztery lata temu tak samo pogoda "zepsuła" wyjście na Wołowiec. Jedyne, co było widać, to fragmenty doliny po północnej stronie. Widok odsłonił się podczas schodzenia i od mniej więcej 2300 metrów z powrotem było co oglądać.
Ze Sławkowskim Szczytem związana jest pewna zagadka, której jednak nie podjął się rozwiązać żaden zespół badaczy, tak więc należy to traktować jedynie jako ciekawostkę, a nie fakt rzeczywisty. Według "Kroniki Spiskiej" Gaspara Haina z Lewoczy, latem 1662 roku (podawane są różne daty: 5, 9 lub właśnie 6 sierpnia), w Tatrach miało miejsce silne trzęsienie ziemi (6 stopni w skali Richtera), którego epicentrum miało znajdować się pod wymienionym szczytem. W jego wyniku, rozpadł się on w części i runął z wielkim grzmotem w stronę dolin: Staroleśnej i Zimnej Wody. Góra utraciłaby wtedy ponad 300 metrów wysokości i gdyby zapisy kronikarza zostały potwierdzone, oznaczałoby to, że do XVII wieku był to najwyższy szczyt Tatr. Kronika mówi także o smoku na niebie, stąd inna hipoteza mówi, że w Sławkowski Szczyt najzwyczajniej w świecie rąbnął meteoryt :).
Ostatnia wycieczka dotyczy Tatr Zachodnich. Celem miała być Jakubina, drugi co do wysokości wierzchołek w tamtej części gór, ale pogoda ograniczyła zapędy jedynie do Kończystego Wierchu na polsko-słowackiej granicy. W tamtym rejonie można podziwiać charakterystyczne rowy grzbietowe, będące tym, na co wskazuje nazwa - kilkumetrowej głębokości rowami biegnącymi po grzbiecie. Powstały one w wyniku podcięcia dolnej części zbocza przez lodowiec i grawitacyjnego osiadania reszty. Obecnie brzegi rowu często zdobią dziesiątki ogromnych napisów z kamieni układanych przez nudzących się turystów :).
Vysoké Tatry + Tatrzańska Kolej Elektryczna
Jest to jedyne w swoim rodzaju miasto spajające w jeden organizm administracyjny wszystkie osady położone na zboczach Tatr Wysokich. Ciągną się przez ponad 50 kilometrów i choć obszarowo są największym miastem Słowacji, zamieszkuje je stale tylko 5 000 mieszkańców. Komunikacja odbywa się wzdłuż tzw. Drogi Wolności (Cesta Slobody), a także za pośrednictwem Tatrzańskiej Kolei Elektrycznej. Jest to jednotorowa, zelektryfikowana linia kolejowa o rozstawie 1000 mm o łącznej długości 35 km (główna linia wzdłuż miasta oraz odgałęzienie do Popradu). 20 grudnia tego roku linia będzie obchodzić stulecie istnienia, gdyż właśnie tamtego dnia na początku XX wieku pomknęły nią pierwsze pociągi, zaś budowa wszystkich odcinków została ostatecznie ukończona cztery lata później. Plany dalszego rozwoju (m.in. podłączenie Liptowskiego Hradoka) pokrzyżował wybuch wojny. Aż do 1970 roku linia służyła także do przewozów towarowych, m.in. węgla i cementu. W jednym z miejsc widać kilka zarośniętych i przerdzewiałych słupów trakcyjnych, gdzie prawdopodobnie znajdowała się bocznica towarowa. Pod koniec lat sześćdziesiątych linia przeszła gruntowną przebudowę z uwagi na zbliżające się mistrzostwa świata w łyżwiarstwie, zakupiono wtedy też nowy tabor. Kolejna dostawa taboru rozpoczęła się w 1995 roku, gdy konsorcjum Stadler-Adtrans wygrało przetarg na jej realizację. Na przełomie 2004 i 2005 roku kolej została częściowo zamknięta z powodu huraganu, jaki nawiedził w listopadzie podnóża Tatr i spowodował ogromne spustoszenia w tamtejszych lasach. Naprawa sieci trakcyjnej i usuwanie powalonych drzew zajęło trochę czasu.
W tym roku przejechałem się kawałkiem linii z uwagi na konieczność powrotu do auta z innej części gór. Warunki podróżowania są bardzo dobre, a bilety relatywnie tanie. Wagony są bardzo zadbane, mają wygodne wnętrza oraz głosowe zapowiadanie przystanków. Zauważyłem nawet, że przyciski do otwierania drzwi oraz zgłaszania przystanku na żądanie są niemal identyczne, jak te stosowane w krakowskich autobusach :). Przejście huraganu w 2004 roku miało tę zaletę, że odsłoniło widoki zarówno na szczyty, jak i dolinę Popradu. Poniżej przedstawiam zdjęcie "mojego" pociągu pokonującego jeden z ostrych zakrętów:
Zakończenie
Chociaż słowacka część Tatr jest mniej zaludniona i zaszlaczona, niż polska, wciąż pozostało tam sporo do zobaczenia oraz przejścia. Zrobiłem sobie mały spis i okazało się, że jestem zaledwie na półmetku. Coraz lepsze wyposażenie oraz doświadczenie pozwala sięgać dalej, jednak w ostatecznym rozrachunku wszystko rozbija się o czas i niekiedy pieniądze (w końcu do tych gór trzeba wcześniej dojechać i gdzieś spać). Nieco zapuszczona pod względem eksploracji jest polska część gór, głównie z racji tego, że bywam tam okazjonalnie. W zasadzie odbyłem tam tylko jedną prawdziwie wysokogórską wycieczkę, na szczyt Ciemniaka, do tego należy dodać wyjazd kolejką na Kasprowy Wierch. Moja noga nie stanęła jeszcze w Dolinie Pięciu Stawów Polskich, ani na jakimkolwiek innym udostępnionym dla szarego turysty szczycie. Jednak dzięki temu wciąż mam gdzie jeździć :).






Napisał eXtreme w niedzielę, 10 sierpnia 2008 o 22:41
Oj ale to pierwsze zdjęcie pochylone w lewo. Paniee kapitaanieee, sztoooorm naa mooorzuuuuuu ;)