Do kategorii pecha można śmiało zaliczyć już sam fakt przebudzenia. Drzwi do pokoju otworzył kumpel, zajrzał nieśmiało, po czym sięgnął po leżący na krześle zeszyt z zyxowymi zadaniami z analizy, mówiąc, że pożycza go sobie na egzamin. Zyx otworzył oczy i spojrzał na zegarek... była godzina dziewiąta.
- Nie ma sprawy, bierz. O właśnie, ja już od godziny mam wyniki egzaminu. Pora je sprawdzić.
Zyx rewelacji się nie spodziewał. Dwa dni wcześniej, już wychodząc z sali, mógł się ze spokojem założyć, że z salą w Odlewniku przywita się raz jeszcze na trzecim terminie. Włącznik komputera był w zasięgu ręki. Podczas gdy BIOS wykonywał swoje testy i przygotowywał się do odpalenia Linuksa, Zyx ogarnął się na tyle, by wstać z łóżka i zasiąść przed ekranem. Jeszcze tylko logowanie do systemu, odpalenie Opery, odnalezienie tematu na forum i... "grupy 4, 5, 6 mają wyniki jutro o 8.00". Pod wiadomością pusto. Tknęło go złe przeczucie... mózg wrzucił drugi bieg, zaczął stopniowo składać wiadomości do kupy... egzamin był z analizy... a "z analizy" oznacza, że z matematyki... a z matematyki... ŻE WYNIKÓW NA 38374% NIE MA W INTERNECIE, TYLKO W GABINECIE PANI DOKTOR N. Nawet "kernel panic" na zatłoczonym serwerze w godzinach szczytu nie daje takiego kopa. Zyx już w momencie przebudzenia się miał godzinne opóźnienie, a tymczasem trzeba się było jakoś ubrać i dostać na AGH, do którego wcale tak blisko nie miał. Wizyta w łazience była błyskawiczna, podobnie jak ubranie się w garnitur. Butów nie było już czasu wypastować, ale przy takiej pogodzie i tak by nie dotrwały w blasku. Autobus jedzie w takim ruchu zbyt długo, na tramwaj jest za daleko - cóż, nie pozostało nic innego, jak odpalić zyxowóz, gdyż liczyła się każda minuta. Parking znowu zastawił jakiś debil, który najwyraźniej prosił się o urwanie lusterka. Tym razem miał szczęście. Auto wycofało bez specjalnych problemów. Zyx swoją dynamiką jazdy zaskoczył nawet sam siebie. Po pięciu minutach był już w połowie drogi. Idealnie wstrzeliwał się w cykle świateł na skrzyżowaniach; sztuczka ta nie udała się tylko na jednym. Już jest ulica Reymonta, z boku majaczą budynki uczelni. Zaparkował auto w jednynym słusznym miejscu obok stadionu Wisły i pobiegł do budynku, modląc się, by pani doktor była jeszcze obecna...
Zyx zapukał do drzwi gabinetu, po czym ostrożnie wszedł do środka. Zegar wskazywał 9.35. Pani doktor siedziała przy biurku.
- Słucham pana.
- Dzień dobry, przyjechałem obejrzeć egzamin z analizy i najmocniej przepraszam za spóźnienie.
- Proszę pana, ja specjalnie wybrałam godzinę 8.00 na oddanie egzaminów, by studenci wtedy przyszli. Co pana zatrzymało?
Zyx wypalił pierwszą lepszą rzecz, która mu przyszła do głowy; przecież nie powie, że myślał, że wyniki przyjdą przez Internet i zaledwie pół godziny wcześniej jeszcze spał.
- Problemy komunikacyjne.
- A skąd pan jest? - spytała pani doktor.
Na swoje nieszczęście, pierwsza rzecz, która mu przyszła do głowy, to prawda.
- To ciekawe, bo ja też mieszkam w tamtych okolicach - odparła pani doktor, tajemniczo się uśmiechając - tak więc wiem równie dobrze, jak pan, jaka tam jest sytuacja.
No racja, przecież Zyx słyszał to nazwisko podczas jakichś wypominków czy czegoś tam w Kościele i nawet się wtedy zastanawiał, czy to właśnie o jego wykładowczynię chodzi. Trudno, chwilę posłuchał kazania o niespóźnianiu się, trzykrotnie przepraszał, wziął swoją pracę, popatrzył na błędy, stwierdził, że jest głupi, podziękował i wyszedł. Na przyszłość trzeba mieć w zanadrzu przygotowaną jakąś najbardziej zarypaną dzielnicę Krakowa.
Trudno, trzeba będzie nieco dłużej posiedzieć w Krakowie, by się trochę pouczyć, myślał, wracając do samochodu. Teraz tylko wrócić do domu, przebrać się, zjeść coś i jechać na dworzec PKS odebrać dla kumpla paczkę. Włożył kluczyk do stacyjki, zaczął cofać i nagle poczuł, że dźwignia skrzyni biegów zaczęła swobodnie latać wzdłuż osi X, bez możliwości zmiany biegu. Auto zatrzymało się na środku wyjazdu z parkingu na awaryjnych. Zyx próbował się dodzwonić do taty, gdyż ten swego czasu coś wspominał o możliwości wyskoczenia linki zmiany biegów. Pech - tego dnia jego komórka została w domu, odebrał brat i okrężną drogą rozpoczął przekazywanie wiadomości przez Internet. W takim razie dzwonimy po pomoc drogową. Uratowała go kuzynka, która wyszukała kilka numerów w Internecie. Zadzwonił pod jeden i umówił się na holowanie do warsztatu. W międzyczasie oddzwonił tato, zaś w trakcie rozmowy za zyxowozem pojawił się TIR z jakimś wózkiem widłowym, najwyraźniej próbujący wyjechać. Po zakończonej rozmowie jego kierowca pomógł zepchnąć uszkodzony pojazd na bok tak, żeby nie tarasował wyjazdu.
Holownik nadjechał po kilkunastu długich minutach. Auto zostało załadowane i rozpoczęło podróż do warsztatu w pobliżu miejsca zamieszkania. Powoli zbliżała się godzina jedenasta. W warsztacie Zyx zrzucił wóz i rozpoczął rozliczanie za transport.
- Za holowanie 220 zł.
- Oj, niestety przy sobie mam tylko 50, ale tu paręset metrów stąd mam bankomat, możemy tam podjechać i wtedy panu zapłacę.
- W porządku, to wsiadaj pan.
Na miejscu Zyx wyskoczył z auta, skocznym krokiem (cały czas w garniturze) wpadł do budynku i mało go szlag nie trafił, gdy zobaczył ekranik bankomatu zasłonięty karteczką "Przepraszamy, bankomat nieczynny". Ze wszystkich dni urządzenie musiało wybrać akurat ten na odmówienie posłuszeństwa. Przy kasie pieniędzy nie chcieli wypłacić, gdyż Zyx nie miał przy sobie odpowiedniej karty do takich operacji. Wrócił do holownika, którego kierowca w międzyczasie odbierał już nowe zlecenie.
- Trudno, ja muszę do centrum jechać, ale tu w pobliżu chyba mają jeszcze jakiś bankomat, niech pan wsiada.
Pod pobliski supermarket podjechał holownik, z którego wypadł długowłosy gość w garniturze, wpadł do środka i po chwili wybiegł z pieniędzmi.
- Proszę pana, a czy pan przypadkiem w okolice dworca teraz nie jedzie? Bo mam tam sprawę pilną do załatwienia, a stąd nie mam czym dojechać, by zdążyć.
- Pod dworzec? Wskakuj pan, będę przejeżdżał w pobliżu, to pana podrzucę. Tylko kurde, myśmy tam w warsztacie nie powiedzieli w ogóle, co przy tym aucie trzeba zrobić, więc oni go tam nie zaczną robić.
- To trudno, jak wrócę, to tam zajrzę i wszystko załatwię.
Zyx wysiadł w pobliżu Galerii Krakowskiej, przeszedł przez parę ulic, wszedł w tunel pod peronami kolejowymi, by jak najszybciej dostać się na dworzec PKS. Nerwowo zerknął na godzinę... 11.35, autobus przyjedzie za dziesięć minut. Rzeczywistość trochę rozminęła się z oczekiwaniami; gdy wyszedł z tunelu, ujrzał autobus PKS Biłgoraj stojący na przystanku końcowym. W ostatniej chwili... paczka została przejęta i w tym samym momencie przypomniał sobie, że od dnia poprzedniego nie miał nic w ustach. Nie było wyjścia, trzeba było posilić się w McDonald's lub innym podobnym przybytku. Jakość i skład jedzenia miały w tej chwili znaczenie drugorzędne.
Gdy głód został zaspokojony, wyszedł na tramwaj. Zobaczywszy nadjeżdżającego Bombardiera, mało nie wybuchnął śmiechem. Przecież ten dzień wygląda, jak żywcem wyjęty z klipu reklamowego MPK "Spokojnie, już jadę", pomyślał. Gdyby jeszcze przybyły tramwaj miał numer 2050, mieszkańcy Krakowa mieliby niezłe widowisko - gość w garniturze zwija się ze śmiechu na środku przystanku na widok tramwaju (w którego kabinie nawiasem mówiąc dzień wcześniej siedział). Na szczęście dla wszystkich, numer był inny. Podróż do pętli odbyła się bez przygód - chyba jako jedyna w całym dniu. Chciał wrócić do mieszkania, przynajmniej przebrać się w jakieś normalne ciuchy, by nie latać już tyle w tym garniturze. Sięgnął do torby... cholera, gdzie są klucze? Wtedy przypomniał sobie, że podczas ładowania auta na lawetę wysypały mu się z torby wszystkie rzeczy z powodu urwanego paska (nawet on nie darował) i najprawdopodobniej leżą one wciąż pod siedzeniem zyxowozu. Cholera? Cholera, i to jasna!
Klucze faktycznie znalazły się pod siedzeniem. Pozostało już tylko załatwić sprawę z mechanikiem, co na szczęście poszło bez zarzutu i wrócić, już piechotą do mieszkania. W drodze Zyx rozmyślał, co jeszcze może pójść nie tak... ale spokojnie, to tylko czwartek. Kolejny dzień z życia Specjalisty od Spraw Głupich i Beznadziejnych. I ostatecznie jedne, czego mogło być żal, to kilkaset złotych w plecy, bo z całej reszty przynajmniej powstała ciekawa opowieść.







Napisał scanner w czwartek, 18 września 2008 o 17:20
Tylko czekałem, aż się okaże, że wszystkie fastfoody w okolicy zastrajkowały...