Zwykło się traktować prasę jako rzetelne źródło sprawdzonych informacji. Duże czasopisma, opłacające najlepszych redaktorów naturalnie nie mogą sobie pozwolić na robienie z czytelnika idioty w każdym numerze, aczkolwiek i tam wpadki się zdarzają, szczególnie gdy za tekst bierze się osoba mająca mierne pojęcie o temacie. Co do mniejszych wydawnictw, wystarczy przynajmniej raz znaleźć się w obrębie ich zainteresowania, by zacząć ostrożniej podchodzić do tego, co tam jest wypisywane.
Pierwsze moje zetknięcie z mediami to krótki, dwuminutowy wywiad dla regionalnego oddziału TVP jakieś cztery lata temu tuż po śmierci papieża zrobiony gdzieś na ulicach Stalowej Woli. W Aktualnościach wyemitowane zostało zaledwie 10 sekund w dwóch wycinkach bardzo króciutkich, niepełnych zdań. Z drugiej strony wycięte było to całkiem sensownie i nie zrobili z tego miksu, który zupełnie nie odpowiadał właściwej treści. Później postanowił zabłysnąć lokalny tygodnik Sztafeta, który artykuł o awansowaniu mojej drużyny do finału konkursu Diversity 2006 zatytułował "Z nagrodami na wakacje". Sam tekst utrzymany był w tonacji sugerującej, że nie tylko wygraliśmy Diversity (sic!), ale i uratowaliśmy świat przed atakiem obcych. Podczas lektury czułem się dziwnie, gdyż jedyne, co przywiozłem wtedy z Krakowa, to trochę wspomnień, zdjęć, shaker, dyplom i uczucie niedowierzania, że zabrakło tak mało.
Tym razem media przypuściły większy szturm (prasa, telewizja miejska...), zaś ja byłem zmuszony pozostawić stalowowolską część ekipy darzącą dziennikarzy oraz kamery mniejszą sympatią na ich pastwę. Krótki wywiad pani dziennikarki nie polegał na nagraniu rozmowy na głupi dyktafon czy chociaż wynotowaniu najważniejszych myśli w punktach, lecz na zabazgraniu kartki wężykami. O dziwo, nie zrobili ze mnie ponownie ucznia liceum, ale za to nauczyciel informatyki w jednym z regionalnych portali zmienił się w nauczycielkę, okazało się też, że stronę redagują uczniowie (WTF? Od kiedy? We wrześniu w liceum nie będzie już ani jednego ucznia, który będzie mieć choćby minimalne pojęcie o funkcjonowaniu tego systemu). Z kolei artykuł prasowy został opatrzony niesamowitym zdjęciem stylizowanym na jakiś tajny kompleks, gdzie dwójka dzielnych informatyków, siedząc przed ekranem komputera z otwartą zwycięską stroną wygląda, jakby właśnie snuła plany zagłady świata, albo przynajmniej innych stron szkolnych. Podpis mówił coś o spotkaniach w celu przedyskutowania nowych pomysłów, które będą wdrażane. Hmmmm.... że zdjęcie było pozowane, nie tylko się można domyślić, ale i miałem informację z pierwszej ręki, natomiast co do spotkań - czy ja o czymś nie wiem?
Tego typu wpadki znam nie tylko z autopsji. Odkąd zacząłem bardziej regularnie śledzić krakowskie fora komunikacyjne, zauważyłem, że jednym z częściej powracających tematów jest znajdowanie błędów w artykułach prasowych poświęconych zagadnieniom transportowym. Okazuje się, że zadanie to nie jest wcale takie trudne, gdyż Dziennik Polski specjalnie nie przejmował się np. tym, że na dołączonych do tekstu mapkach pozaznaczał przebieg linii tramwajowych wzięty z kosmosu. W ubiegłym roku z kolei mogłem obserwować, jak w magiczny sposób skracany jest tunel tramwajowy. 1738 metrów, później nagle 1538 metrów, a na końcu doszukałem się informacji, że faktyczny tunel ma 1420 metrów, natomiast 1538 wychodzi po doliczeniu rampy wjazdowej po północnej stronie. Równie powszechnie przyjęło się określać wszystkie niskopodłogowe tramwaje mianem bombardierów (tak, pisanych z małej litery). Będzie ciekawie, gdy kolejnego przetargu nie wygra firma Bombardier Transporation, lecz np. Solaris albo Pesa.
Założenie teoretyczne mówi, że prasa powinna podawać rzetelne i sprawdzone informacje. Tworzą ją jednak ludzie, a w sytuacji, gdy informacja staje się towarem, który należy sprzedać, nie należy oczekiwać cudów. Odbębnianie tematów, które dziennikarzy specjalnie nie interesują i do których sami podchodzą z lekkim zażenowaniem lub nastawieniem byle mieć to za sobą, mniej znaczące informacje, które pojawią się i przeminą, czy wreszcie sensacja, którą trzeba ubarwić i pokolorować - jest to najprostszy przepis na medialną papkę, w której niestety musimy się przynajmniej w minimalnym stopniu poruszać i która bez odpowiedniego dystansu może być przyczyną niestrawności, bólów żołądka i dwunastnicy.






Napisał m_gol w wtorek, 24 lutego 2009 o 21:05
Ta, skądś to znam. Kiedyś tam w Stalowej Woli też udzielałem jakiegoś wywiadu i też sporo poprzekręcali. Co prawda już nie pamiętam co, bo to dawno było, ale widać, że dziennikarze często nie do końca wiedzą, o czym piszą. ;)