Smycz? A na co?
Na osiedlu, na którym teraz mieszkam, widok ludzi chodzących z psami jest codziennością. W zasadzie niemal zawsze, jak wracam z uczelni, mijam takowych. Dla odmiany, nie widywałem dotąd w okolicy bezpańskich zwierząt. Właściciele przeważnie trzymają je na smyczy, ale są od tego wyjątki. Zdarza się, że piesek lata sobie w najlepsze po podwórku, nieważne, że chodnikami wędrują sobie inni, zaś obok jest podstawówka pełna dzieci. Mimo najlepszych intencji, nikt nigdy nie może być do końca pewny, jak zachowa się pies w jakiejś nagłej sytuacji. Nikt też nie jest do końca pewny, jak zareaguje dziecko grające w piłkę, gdy podbiegnie do niego piesek chcący się bawić. Znam to z doświadczenia. Jeszcze w liceum rozgrywaliśmy mecz piłki nożnej na prowizorycznym boisku pod samą szkołą, jako że na właściwym zaczęto przygotowania do budowy hali sportowej. Stałem na bramce, piłka niebezpiecznie się zbliża, a tu nagle jakiś nieduży piesek wpada mi pod nogi, jak się okazało, spuszczony ze smyczy przez jakąś bezmyślną dziewczynę. Chciałbym, aby takowa zamieniła się rolami i sama spróbowała wytłumaczyć w środku sytuacji podbramkowej pieskowi, że to nie jest miejsce do zabawy i musi wracać do swojego przyjaciela. Oczywiście, musiałem bronić jednocześnie bramki i własnej osoby przed skaczącym wokół psem. Dla tego ostatniego skończyło się to dość nieszczęśliwie, bo oberwał w końcu butem w pysk, po czym natychmiast zwiał. Nie wiem, czy mu się coś poważniejszego stało, ale cóż... winna jest głupota dziewczyny. Pamiętam jeszcze z dzieciństwa sytuację z mojego osiedla, którą obserwowałem z okna. Na podwórku bawi się kilkuletnia dziewczynka. Właściciel spuszcza psa ze smyczy, ten już po chwili biegnie w kierunku dziewczynki, rzuca się na nią i przerwaca. Uratowało ją tylko to, że miał założony kaganiec, aczkolwiek mogę sobie wyobrazić, jak się musiała wystraszyć. Dziewczynka bawiła się w dużej odległości od psa, i to w sumie nawet nic specjalnego nie robiła - coś tam w piasku kopała. Facet był pewnie jednym z tych, co to są święcie przekonani, że "mój pies nie atakuje ludzi". Ha - guzik prawda, jak widać. Jeżeli nie ufamy nawet drugiemu człowiekowi, to jak możemy być czegoś pewni w stosunku do bądź co bądź psa, nie wiedząc nawet, czym się on kieruje.
Śmierdzący problem
Druga sprawa to temat-rzeka. Obsrane trawniki, obsrane chodniki i właściciele, którzy machają na to ręką, jakby ignorując fakt, że są to tereny publiczne, do których ja mam takie samo prawo, jak i oni. Jeśli chcą pieskowi zbudować dużą kuwetę, niech kupią hektar pola, ogrodzą go i się cieszą. Na osiedlowej alejce - wara. Po piesku się sprząta albo się go uczy, co i jak. Na trawie przy chodników co kilkanaście kroków gówno. Dziś mnie mało cholera nie trafiła, gdy zobaczyłem takowe na samym środku asfaltowej alejki. Mało brakowało, a bym w nie wdepnął, podobnie jak bym się zatrzymał, wyrwał kartkę z zeszytu, napisał parę dość obraźliwych uwag pod adresem właścicieli psów oraz ich zwierząt i zostawił obok dla potomności.
Porządek
Pies potrafi być naprawdę fajnym zwierzakiem, mającym niemalże status członka rodziny. Sam wprawdzie nigdy własnego nie miałem, ale cała rodzina mieszkająca we własnych domach - i owszem, i to świetne. Tyle że nie zmienia to faktu, że specjalnie nie mam ochoty oglądać jakichkolwiek odchodów na terenach publicznych, użytkowanych przez wszystkich mieszkańców, a także by obcy pies skakał po mnie, gdy sobie kulturalnie wracam z przystanku. Każdy użytkownik powinien dbać o okolicę swego miejsca zamieszkania, a pod tym względem niestety ciężko uznać osoby wyprowadzające tam psy za postępujące w ten sposób. Podobają mi się regulacje spotykane na zachodzie, oczywiście z ich odpowiednim egzekwowaniem. Parę razy zapłacić po kilkadziesiąt złotych za kupki pupilka i już człowiek zauważa, że oprócz niego, z tego chodnika czy trawy korzystają też inni i najwyraźniej im to przeszkadza. Myślę, że chyba nawet skuteczniejsza byłaby oddolna inicjatywa. Ktoś na osiedlu zaczyna sprzątać po swoim czworonogu i po jakimś czasie sprząta także reszta, a dlaczego to chyba nie trzeba wspominać. W każdym razie czekam na czasy, gdy psia kupa na ulicy będzie taką rzadkością, jak ostatnio śnieg w zimie.















Napisał nbb w środę, 20 lutego 2008 o 22:20
Byłem z kolegami i akurat zielone miejsce, prawie park, tylko ładnie zadbane trawniki, a pan z psem na smyczy.. pies jakieś 20cm od chodnika robi g**no, właściciel spokojnie czeka, to ja głośno:
"ojej, co ten pies robi, tak na publicznym trawniku?". właściciel widocznie obrażony zaczął z żalem ze płaci 200zł podatku od psa rocznie i za to powinno się tym zająć miasto.. może coś w tym jest?
inna kwestia ze w niektórych miastach powstają toalety dla psów, wygląda to jak labirynt, w samym środku psy mogą sobie ulżyć, chyba je tam ściągają jakimiś środkami chemicznymi. Tematu nie znam bo był przez chwilę, kilka lat temu w Teleexpressie.
A pamiętam też, że jakieś miasto kupiło bardzo drogi odkurzacz do tych odchodów. Ludzie narzekali, że tyle kasy na takie coś jak są ważniejsze wydatki.