Najpierw o samym pobycie: firma limba.sk, poprzez którą wynajmujemy sobie zakwaterowanie, znów nas nie zawiodła. Nasz domek we wsi Jakubovany był bardzo przytulny i mieszkało się w nim całkiem komfortowo. Dwa pokoje, łazienka, kuchnia, salonik z telewizorem, tarasik; na dobrze spędzone wakacje więcej nie trzeba. Miejscowość leży u samych stóp Tatr Zachodnich pod szczytem Baraniec (2184 m.n.p.m.), kilka kilometrów od Liptowskiego Mikulasza. Dojazd i komunikacja nie stwarzały żadnych problemów. Pierwszy dzień, niedziela, poszedł na aklimatyzację i odwiedzenie Demianowskiej Jaskini Wolności z robiącymi duże wrażenie formami geologicznymi (kilkudziesięciometrowy skalny wodospad czy podziemna rzeka to jest to :)). Poniedziałek - aklimatyzacja górska. Wycieczka w dolinkę zakończyła się ostatecznie zdobyciem szczytu Grześ na granicy polsko-słowackiej. Roztaczał się stamtąd ładny widok na Dolinę Chochołowską oraz Dolinę Łataną, rozpracowywaną w 2003 i 2004 roku. Na wtorek zaplanowaliśmy zdobycie samego Barańca podejściem przez Żiarską Dolinę i od strony północnej. Razem z eXtremem po wejściu na przełęcz odbyliśmy też dodatkową, niedługą wycieczkę na szczyt Płaczliwy Rohacz (2125 m.n.p.m.), ustanawiając tym samym nowy rekord wysokości.
Na zdjęciu widoczny jest po lewej stronie nieco niższy Ostry Rohacz, a dalej znajduje się niewidoczny tu Wołowiec (2063 m, zdobyty w 2004 roku). Tu góry zadecydowały, że wyprawa dobiegnie końca. Gdy już porobiliśmy zdjęcia i wysłaliśmy SMS-y, korzystając z wejścia w zasięg polskich sieci komórkowych, wiszące dotychczas nad nami chmury nagle się obniżyły, zaczęło padać, a i tak silny już wiatr wzmógł się jeszcze bardziej. Błyskawicznie wróciliśmy na przełęcz i rozpoczęliśmy odwrót taktyczny :). Baraniec wygrał bitwę, ale nie wojnę. Następnego dnia, udało nam się go zdobyć od strony południowej, podnosząc jeszcze raz rekord wysokości. Swoją drogą to podejście jest dość ciekawie oznakowane. Na parkingu znak pokazuje, że żółtym szlakiem idzie się na szczyt 3:30 h. Po przejściu nim kilkuset metrów na rozwidleniu kolejny znak mówi, że do szczytu jest... 3:45 h :D. Nie żebym się czepiał, ale ten czas powinien chyba w miarę postępu wspinaczki maleć, nie rosnąć. Jakiś turysta nawet wyraził na znaku swoje zdziwienie, dopisując obok bardzo wymowne (??!) :).
Czwartek to ciągle rozbudowywany park wodny Tatralandia, piątek jako dzień rekreacyjny miał być poświęcony wyjechaniem kolejką linową pod Łomnicę (na sam szczyt kiedyś sam wyjadę, do tego wyczynu nie można się zabierać z osobami mającymi lęk wysokości :)), lecz z powodu wiatru takowa nie kursowała. Zmieniliśmy zatem kierunek na Strbske Pleso, najwyżej położoną tatrzańską osadę i wyszliśmy sobie do Popradskeho Plesa na wysokości 1500 metrów. Z tego miejsca notabene prowadzi bezpośredni szlak na Rysy od strony słowackiej - też już sobie ostrzę nań zęby :). W sobotę, tj. wczoraj, było pakowanie i powrót do domu.
Ten jeden tydzień na Słowacji został moim zdaniem dobrze wykorzystany na naukę tamtejszego języka. Udało mi się zrealizować mój plan sprzed wyjazdu i zakupić nieco słowackiej literatury, choć w nie tak dużych ilościach z powodu, o którym zaraz napiszę. Konkretniej stałem się posiadaczem książek Anjeli a démoni oraz Pán Prsteňov: Spoločnosť prsteňa (po polsku są to zwyczajne Anioły i demony Dana Browna oraz poczciwa pierwsza część Władcy pierścieni :)). Próbowałem też kupić lokalne wydanie czasopisma Przegląd Reader's Digest (czytałem je rok wcześniej, gdyż nasza chatka była wtedy wyposażona w parę numerów). Wyglądało to tak:
Ja: Dobrý deň
Kioskarka: Dobrý...
Ja: Prosím si Výber... časopis.
Kioskarka: (sięga na wystawę)
Ja (przypominając sobie, że na wystawie jest chyba czeskie wydanie wystawione): po slovensky, ak máte.
Kioskarka: Po slovensky? Je to český časopis.
Ja (niebanalna konfuzja, czyt. "co jest, k#%#$%"): Ale ja som čítal slovenskú verziu.
Kioskarka: To nemáme. Asi nič?
Ja: Nič, nič... dovidenia.
Cudze chwalicie, swego nie znacie, chciałoby się rzec. "Przegląd" to czasopismo amerykańskie, w innych krajach ukazują się jedynie tłumaczenia. Słowackie wydanie na pewno istnieje; raz, że je czytałem, a dwa, że wystarczy spojrzeć w stopkę redakcyjną polskiej edycji, gdzie są wypisane wszystkie języki, w jakich takowy numer wychodzi. Słowacy generalnie rozumieją czeski, więc dla nich język nie robi aż takiej różnicy, choć taka niewiedza o tym, co mogą oni w swojej mowie kupić, osobiście mnie dziwi. A taki Zyx musi potem sprawdzać po księgarniach każdą książkę, po jakiemu jest ona napisana, by sobie przypadkiem nie władować pieniędzy w czeski :).
Jeśli wybieracie się na Słowację, to pamiętajcie, że tamtejsi mieszkańcy mają dość luźne podejście do kwestii godzin otwarcia rozmaitych sklepów, instytucji publicznych itd. Poczta w sąsiednim Liptowskim Ondreju była czynna od 8.00 do ok. 13 - 14, w zależności od dnia; najwyraźniej jej oferta skierowana jest do bezrobotnych lub mających nienormowany czas pracy (podobnie pracował lokalny sklep sieci COOP Jednota). Napisane w środę pocztówki udało mi się wysłać dopiero w sobotę, po brawurowym sprincie przez Liptowską starówkę, aby zdążyć przed zamknięciem urzędu, co miało miejsce o godzinie... 10.00 rano. Choć znaczki kupiliśmy ostatecznie w jakimś stoisku z widokówkami i istniała teoretyczna możliwość skorzystania ze skrzynki na listy, praktyka pokazała, że takowych jest tam, jak na lekarstwo. Cóż, co kraj, to obyczaj. Podobnie, jak umiłowanie do przyprawy zwanej kminkiem, wsadzanej wszędzie, gdzie tylko się da :).
Gwoli jasności dodam jeszcze, że na poważnie biorę się już za tworzenie nowego podserwisu Zyxista zatytułowanego oczywiście "Słowacja". Znajdą się tam opisy kraju, kultury, języka, galerie oraz szczegółowe opisy szlaków i miejsc wartych odwiedzenia.






Napisał Cypherq w niedzielę, 20 sierpnia 2006 o 17:16
Myślałby kto, że tylko w Polsce się zdarzają takie idiotyzmy jak w/w znaki (vide Zakopane) :) Nie znam ani czeskiego ani słowackiego, ale czy Zyx, znający słowacki, nie będzie znał także czeskiego? :)