Kontekst sytuacyjny
W wolnych chwilach zajmuję się uczestnictwem w projekcie Wikipedia. Może nie piszę zbyt dużo (mniej niż 150 edycji w głównej przestrzeni w ciągu 3 lat), ale jak już piszę, dokładam starań, aby udostępnić rzetelny i poparty źródłami materiał. Od kilku tygodni chodziło mi po głowie napisanie artykułu poświęconego niektórym ciekawszym sieciom tramwajowym świata. Na pierwszy ogień poszło Melbourne - miasto z najdłuższą obecnie siecią. Artykuł powstał na bazie swojego świetnie uźródłowionego angielskiego odpowiednika, lecz do polskiej wersji poznajdowałem kilka nowych przypisów, a dodatkowo dodałem jeden rozdział, którego w oryginale nie ma. Dzisiaj artykuł zawisnął na głównej stronie Wikipedii w ramce Czy wiesz... z pytaniem "gdzie znajduje się największa sieć tramwajowa na świecie?" Wraz z tym powstał ruch w dyskusji poświęcony głównie temu, czy faktycznie jest to najdłuższa sieć na świecie. Ludzie zaczęli poddawać w wątpliwość te dane, przytaczając fragmenty z innych artykułów polskiej Wikipedii poświęconych polskim sieciom i twierdząc, że to one są najdłuższe. Wśród nich nie byli sami anonimowi czytelnicy, ale też wikipedyści z całkiem niezłym stażem, po których już można by się spodziewać ostrożniejszego podchodzenia do takich danych. Trafiło się nawet jakieś dziecko neo, co to prawidłowo nie potrafi wyrazów w zdaniach w tekście pisanym oddzielać.
Ślepa wiara
Wielu ludzi traktuje Wikipedię jak wyrocznię, zupełnie nie rozumiejąc, że podobnie jak każda inna encyklopedia, może zawierać błędy (trafiają się one w niemałych ilościach także w "profesjonalnych" wydawnictwach PWN czy Britannica). Poprawie jakości haseł ma służyć instytucja przypisów, tj. powoływania się na książki, raporty, dokumenty i inne materiały pozwalające zweryfikować podaną informację. Niestety, istnieje wiele niszowych haseł, które ktoś kiedyś napisał byle jak i nikt do dzisiaj ich nie przerobił. Tysiące kolejnych wciąż takich źródeł są pozbawione, a często, gdy zacznie się szukać, okazuje się, że podawane tam informacje mają się nijak do rzeczywistości. Tak też było tutaj: artykuły poświęcone polskim tramwajom podają sobie jakieś liczby, autorzy nie do końca wiedzieli, co to jest długość linii, a co długość torowisk, pomieszali jedno z drugim i wyszedł kosmos. Tymczasem część przewoźników podaje takie dane całkiem dokładnie na swoich stronach - wystarczy sobie wpisać w Google cztery słowa i mamy wszystko podane na tacy.
Kolejna bezmyślność - czytelnicy powołują się na nieuźródłowione hasła Wikipedii, próbując obalić świetnie uźródłowiony tekst odwołujący się do kilku dokumentów i raportów rządowych, materiałów pisanych i stron pasjonatów popartych pracami historycznymi. Czemu w takim razie mają służyć te przypisy? Co ja mam myśleć o człowieku, który pisze mi, że "Warszawa ma 470 km torowisk" (gdzie? Skąd?) i pyta się, skąd takie rewelacje, że Melbourne z 245 km ma najdłuższą sieć, kiedy tuż obok ma odnośnik do dokumentu Investing In Public Transport autorstwa Victorian Department of Transport, str. 69, z cytatem: Melbourne’s tram network is now the largest in the world in terms of operational track length (after St Petersburg recently removed some track from its network)' i podaną tuż dalej długością. Czytanie ze zrozumieniem, weryfikacja i opracowywanie informacji leży na całej linii.
2+2 = hmmm...
Wspomniane wcześniej dziecko neo postanowiło nie tylko podważać rzetelność artykułu, ale też najwidoczniej zrewolucjonizować matematykę: tramwaje na gornym slasku maja siec liczaca 342 kilometry.po co ludzie takie kity wciskaja i pisza takie bzdury.(podpis wycięty z litości). Ludzie wciskają takie kity i piszą takie bzdury, bo umieją myśleć i liczyć w zakresie do 1000. Popatrzmy, skąd się te kity i bzdury biorą. Wpisujemy w przeglądarce www.google.pl. Pojawia nam się nieduże okienko, do którego trafia tekst Tramwaje Śląskie długość torowisk. Na pierwszym miejscu znajduje się odnośnik http://bip.tram-silesia.pl/?id=spolka/infrastruktura.htm&dzial=26. Umieszczonych jest na nim kilka wartości liczbowych. Dokładnych rachunków nie będę już przytaczać, by nie ubliżać inteligencji czytelników Zyxist.com, w każdym razie mi wyszło 209 km, a nie 342. I mając za sobą świetne wyniki z jeszcze niewykastrowanej matury (zarówno część humanistyczna - rozumienie tekstu, jak i ścisła), a także będąc po dwuletnim kursie matematyki wyższej w ramach studiów śmiem uważać mój wynik za nieco bardziej wiarygodny, niż wynik kogoś, kto nie wie, że po kropce stawia się spacje, a zdania zaczyna dużą literą...
Masowe ogłupianie
Przybysz z kosmosu niemający pojęcia o tym, że jeszcze nie wynaleźliśmy sztucznej inteligencji mógłby powiedzieć, że maszyny rozpoczęły sekretne przejmowanie władzy nad światem. Pojawia się coraz więcej nowinek technicznych. Komputeryzacja wdziera się drzwiami i oknami i trafia na skrzywdzone przez los nowoczesne dzieci o ilorazie inteligencji wystarczającym do bujania się w rytm muzyki na dyskotece i otynkowania się. Myślą, że są wolne, a w rzeczywistości manipuluje nimi każdy, wykorzystując bezlitośnie "nowoczesność"... zupełnie jak małe dzieci. Czy to wina ich samych? One nie myślą o tym w kategoriach winy, tylko samodzielnej decyzji życia, jednak prawda jest inna. Narzekają rodzice na nauczycieli, nauczyciele na rodziców, wykładowcy na nauczycieli i studentów, studenci na wykładowców - nawala cały system, od początku do końca. Do szkoły szedłem z przeświadczeniem, że wszyscy dostają same piątki, jednak szybko zauważyłem, że niektórzy koledzy jeszcze trzy lata później dostawali pały, dwóje i tróje, bo okropnie rysowali i mieli poważne trudności z czytaniem i liczeniem. Co robiła "ta dobra, ośmioklasowa szkoła lat dziewięćdziesiątych"? Stawiała pały, dwóje i tróje. Czy zrobiła coś, by im pomóc? Nie sądzę - nauczycielka miała pod opieką klasę złożoną z prawie 30 dzieciaków, nie była w stanie sama w ramach lekcji pomóc tym, którzy naprawdę tego potrzebowali.
Następnie mamy gimnazjum, stopień edukacyjny zwany niekiedy wylęgarnią przestępców, wrzucony w najbardziej burzliwy okres rozwojowy. Różnice w poziomie uczniów już są wtedy właściwie utrwalone, a przy dorzucaniu do klas kryminalistów i jeszcze większym przepełneniu szanse na ich nadrobienie są zerowe. Z młodymi ludźmi dzieje się wtedy dosłownie wszystko. Dobry nauczyciel jest w stanie zdolnego ucznia pchnąć jeszcze wyżej, zły - go pogrążyć. Jednak jak można pracować z uczniami, kiedy prawie cała lekcja tracona jest na męczenie pod tablicą dzieciaczka z trudem potrafiącego dodać dwa ułamki zwykłe? W końcu zaczyna się szkoła średnia, pierwsze poważniejsze segregowanie na lepszych i gorszych, nazwijmy rzecz po imieniu. I kolejny klops: klasy jeszcze bardziej przepełnione, a kolejni ministrowie coraz bardziej okrajają program nauczania i maturę. Terminy, a przede wszystkim presja są takie, że liceum ogólnokształcące produkuje idiotów, zamiast ludzi orientujących się w różnych dziedzinach wiedzy i mających solidną podstawę do rozpoczęcia studiów. Licealiści narzekają, dlaczego muszą się uczyć np. historii, kiedy chcą studiować elektronikę, zapominając, że właśnie temu w teorii mają służyć L.O, by później taki elektronik nie dukał, że "Bitwa pod Grunwaldem" to chyba gdzieś w Niemczech była podczas ostatniej wojny, bo jego dziadek tam czołgiem dowodził... albo by taki (...) potrafił sobie policzyć, że na Śląsku nie ma i pewnie nigdy nie było 341 km torowisk...
Co robi liceum ogólnokształcące? Pierwszego dnia wciska licealiście panikę: "człowieku, za 2,5 roku będziesz pisać maturę, od tego zależy Twoje życie, płaca i kształt nosa!" i ta panika trwa przez całe liceum, osiągając apogeum w skróconej, trzeciej klasie, gdzie de facto człowiek uczy się już jedynie pod maturę i olewa resztę. Potem przychodzą studia i okazuje się, że na cholerę mu to wszystko było, a taką maturę (do kwadratu) będzie mieć co pół roku.
Z tym świeżo upieczonym studentem z wybrakowanymi zdolnościami myślenia, rażącym niedouczeniem i uzależnieniem od ściąg przychodzi pracować wykładowcom, którzy muszą wolniej mówić, by student przetworzył informację. Pracownicy uczelniani muszą się z takimi delikwentami zmagać w ograniczonym wymiarze czasowym, próbując przez np. 15 godzin ćwiczeń wcisnąć w nich całą esencję prowadzonego przedmiotu i egzekwować ją z dokładnością do przecinka. Dodajmy, że popularne studia są jeszcze bardziej przeładowane i nie ma najmniejszej szansy, by podyskutować ze studentem indywidualnie, poznać jego tok myślenia czy naprowadzić. Robi się z tego taka masowa przetwórnia. Co gorsza, niektórzy wykładowcy zdają sobie z tego sprawę, ale nie są w stanie nic z tym zrobić, bo mają tego pecha, że system jest taki, a nie inny. Powiedzmy sobie szczerze: czemu mają służyć zajęcia, na które prowadzący przychodzi, zadaje zadanie, wybiera ofiarę i ma resztę gdzieś? Jak ktoś już umie, to się trochę ponudzi, dostanie swoje 5.0 i będzie miał z głowy. Jak nie, to ma problem, bo instytucja, która rzekomo ma mu pomóc w nauce, zostawia go na pastwę losu.
A najgorsze w tym wszystkim jest to, że bardzo mało ludzi naprawdę oparło się systemowi. Ilu z Was pomyślało sobie kiedyś "kurde, przecież ja mam potencjał, by to umieć dużo lepiej, spotkałem tylu ponoć inteligentnych ludzi i czemu wcześniej żaden mi nie powiedział: słuchaj stary, jest takie coś... ?" Zadanie naprawienia systemu edukacji osiąga powoli absurdalny poziom trudności. Uratować go może chyba tylko geniusz-wizjoner, który ma jaja, by przeforsować swój rewolucyjny projekt pomimo silnego oporu dosłownie wszystkich. Bo krytyka czegokolwiek kończy się w momencie, gdy ktoś chce wprowadzić nowe :)






Napisał NIXin w środę, 1 lipca 2009 o 23:28
So true. Podoba mi się ten styl artykułów :D Pisz takich więcej! ;-)