Pierwszy dzień zajęć na uczelni był dla mnie dość długi. Zaczęliśmy od ćwiczeń z analizy o godzinie 9.30, na których w trakcie półtorej godziny przypomnieliśmy sobie połowę materiału z trzeciej klasy liceum, a na dokładkę poznaliśmy kilka nowych wzorów i sztuczek. Później była dość długa przerwa, którą spożytkowałem na spacer do studium WF, by zobaczyć, co tam oferują w ramach szeroko pojętej rekreacji, przetestowałem jedną ze stołówek oraz odebrałem elektroniczną legitymację studencką. Po drodze był jeszcze falstart z jednymi zajęciami oznaczonymi w planie jako "co 2 tygodnie" - widocznie dziś wypadł ten tydzień bez nich, ale naprawdę duża grupka pod drzwiami dzielnie czekała, aż upłynie kwadrans od planowego rozpoczęcia, zanim padło hasło rozejścia się :). Kolejna partia zajęć to dwa wykłady, po półtorej godziny każdy. Na początek "Wprowadzenie do systemu UNIX" z omówieniem mechanizmu użytkowników i grup w systemach uniksowych i uniksopodobnych. Wykład był interesujący, nie tylko z powodu zagadnienia, ale też wykładowcy, który co jakiś czas wtrącał dowcipne wstawki. Kolejny, z "Komunikacji i technik zarządzania" był dla odmiany męczący. Samo zagadnienie ciekawe, ale podane w odrobinę nudny sposób i z ogromną ilością przepisywania całych slajdów do notatek.
Miałem nadzieję, że uda mi się dziś kupić także bilet miesięczny, ale gdy zobaczyłem na ulicy Podwale 300-metrową kolejkę do punktu sprzedaży takowych, a później drugą, 100-metrową gdzie indziej, to skapitulowałem :). Przy okazji pozdrawiam wszystkich, którym udało się wystać swoje. Determinacja zaiste, godna podziwu.
Powszechna jest opinia, że pracodawca nie patrzy, jaką uczelnię ktoś ukończył, tylko co potrafi. Zgadzam się z tym w pełni. Sama akademicka wiedza za wiele mi nie da, jeśli nie będzie poparta praktyką. Uważam, że aby odnieść sukces, należy ją poddać własnej obróbce. Wiedza powinna stanowić pewną bazę, do której musimy dodać własną inwencję, wyczucie i pomysły na jej wykorzystanie. Nauczenie tego na wykładzie jest bardzo trudne, jeśli nie niemożliwe i zadanie to spoczywa w całości na nas. Znajduje to odbicie w wielu karierach; ludzie tacy często albo studiów w ogóle nie ukończyli, albo też ukończyli kierunek zupełnie niezgodny z branżą, w której pracują. Ich wiedza na dany temat może była mniejsza, ale dzięki paru umiejętnościom na starcie przebili innych, a później braki uzupełnili. Zwiększa to w dodatku ich wszechstronność. To całkiem normalne. W teorii również mogłem wziąć sobie jakiś zupełnie inny kierunek, ale zdecydowałem się jednak rozwinąć w ten sposób swoje główne hobby. Część osób doradzała wzięcie informatyki stosowanej prowadzonej pod kątem konkretnych zastosowań komputerów i programowania w różnych obszarach działalności ludzkiej (np. przemysł). Na forum AGH zostało to dość nieźle podsumowane (cytat z pamięci): informatyka jest dla osób, które chcą się zajmować tworzeniem aplikacji, a informatyka stosowana - dla pragnących robić wdrożenia. Jest to dość ogólnikowe porównanie, ale oddaje istotę rzeczy. Wybór zależy (heh, tak często tego słowa używam, że ten blog się lada moment w jakiś inkubator relatywizmu przerodzi :)) od tego, na co się bardziej nastawiamy. Nie przeczę, że jestem bardziej zainteresowany zagadnieniami stricte informatycznymi i to po prostu czuję. Z tworzenia OPT mam większą frajdę, niż z robienia serwisu WWW dla klienta. Gdyby życie potoczyło się inaczej, to mam na tyle duże zaufanie do własnych zdolności improwizacji, że powinno być dobrze.
Gazety kreślą przed czytelnikiem obraz szaleńczego wyścigu szczurów, gdzie trzeba ukończyć 3 kierunki studiów, znać 5 języków i jeszcze umieć tańczyć sambę na linie, aby odnieść sukces zawodowy. Jednak większość ludzi tak naprawdę nie rzuca się w ten wir na łeb na szyję, ponieważ nie wszyscy chcą mieć koniecznie największy dom/samochód w całej dzielnicy przed ukończeniem trzydziestki. Osobiście wolę poszukać sobie własnego miejsca na tym świecie i pracy, która sprawia satysfakcję i pozwala godnie żyć, aniżeli gonić na złamanie karku w konkurencji "zdobądź jak najwięcej kasy w jak najkrótszym czasie". Biorąc poprawkę na tzw. głupie szczęście, poziom abstrakcji, rzeczywistość, plamy na słońcu oraz inne, mogę podsumować: jak wyjdzie, to zobaczymy, ale lepiej, by było dobrze :).















Napisał Anonymous w poniedziałek, 1 października 2007 o 22:53
Święta prawda - podczas nauki bardzo ważna jest praktyka, a w liceum bądź GIM/SP nie zawsze jest w odpowiedniej formie bądź jej brakuje na wielu lekcjach, na których powinna być stosowana (do tego zaliczają się także zadania wymagające myślenia i stosowania wiedzy).
System nauczania też nie jest najlepszy. Od nauki jest szkoła. Nie wszystko da się zrealizować na lekcji (często brakuje materiałów pomagających w nauce), jednak niektórzy wychodzą z założenia, że podręcznik należy czytać w domu (a potem z tego pytają), zaś na lekcji omówią najważniejsze kwestie. Tylko wtedy trudno przygotować się na każdą lekcję, szczególnie gdy w 1 tygodniu jest kilka kartkówek (w tym 1 większa) i sprawdzianów. :O Czy poloniści powinni pytać ze szczegółów utworu ("omów różnice i podobieństwa...", "przedstaw...") itp. na profilu ścisłym?
PS. Forum wciąż nie działa.