Jazda w tamtą stronę zajęła mi 3h33m, nie licząc trwających łącznie 45 minut postojów (kolejka w sklepie, wizyta u koleżanki i parę krótkich na odpoczynek). Poniekąd ten kierunek był trudniejszy, ponieważ było więcej podjazdów pod górę, które dały o sobie znać. Dzisiejszy powrót był już przyjemniejszy. Czas bez postojów: 2h44m, a z nimi trzy godziny. Oprócz bardziej sprzyjających warunków terenowych pomogło wynalezienie nowego sposobu jazdy pozwalającego rozwijać większe prędkości przy mniejszym zużyciu energii. Sztuczka polega, by nie pedałować cały czas, tylko co chwilę robić krótkie przerwy, np. 2 sekundy pedałowania i 3 sekundy odpoczynku. Rower jedzie wtedy siłą rozpędu i prawie w ogóle przez te 3 sekundy nie traci prędkości, a chwila przerwy dla mięśni działa bardzo korzystnie. Średnia prędkość za Sandomierzem wyniosła 28 km/h, podczas gdy normalnie jeździłem dotąd na tego typu trasach 22-24, a szybciej to tylko mając wiatr w plecy. Aby było śmieszniej, stosuję się do wymogu jeżdżenia na światłach cały rok i dynamo jest obecnie cały czas na chodzie... tzn. było, ponieważ przed Gorzycami chyba je spaliłem :). W każdym razie czeka je naprawa.
Najprawdopodobniej była to ostatnia taka wyprawa na dotychczasowym góralu. U rodziny zrobiliśmy mu kolektywny przegląd, który ukazał pełen obraz nadgryzionego przez ząb czasu sprzętu. Lekko scentrowane oba koła, problemy z koronkami w łożysku tylnego, wytarte zębatki przerzutek, które w dodatku są już trochę rozregulowane + dziś doszło uszkodzone dynamo. Tak więc na tym kończę tegoroczny sezon rowerowy, a w przyszłym zacznę się już rozglądać za całkiem nowym pojazdem.















Napisał Slavo w niedzielę, 29 lipca 2007 o 14:29
Niestety, na porządnym rowerze można dziesiątki km robić i jest to przyjemność. Gorzej, jak ma się 10-letniego trupa :) Zrobienie moim sprzętem 10km bez odpoczynku graniczy z cudem. Boję się nawet zaglądać do "wianków" czy nie są czasem zmielone na pył :)
Dynamo raczej przeżyło (wykluczając uszkodzenie mechaniczne), gorzej z żarówkami.