Być może niektórzy spróbowali wyobrazić sobie projekt-koszmar jako uosobienie wszystkiego, co może pójść nie tak. Obraz ten służyłby im wtedy jako motywacja i czujnik bezpieczeństwa w sytuacji potencjalnego zagrożenia po to, aby wizja ta nie uległa materializacji. Myślę, że ciekawym pomysłem byłoby rzeczywiste studium przypadku, w którym źle poszło niemal wszystko, co źle mogło pójść i nie byłoby obawy, że wprowadzona została do tego jakaś sztuczna i naciągana sytuacja, rażąca po oczach. Na tej podstawie dałoby się omówić kilka organizacyjnych antywzorców projektowych - wiadomo, że są lepsi konsultanci i gorsi. Jedni mają we krwi rozpracowanie całego projektu, inni się tego uczą i czasem o niektórych sprawach zapominają, ale też bywają tacy, co brną w ślepy zaułek i każdego, kto próbuje nadać im kierunek, równają z błotem. Kłopoty pojawiają się też ze strony programistów lub podwykonawców, którzy podejmują zbyt pochopne decyzje, kosztujące potem sporo i ciężkie do naprawienia.
Z drugiej strony kto podjąłby się dostarczenia takiego studium? Wiadomo, że dobrze, czy źle, ale pewne tajemnice handlowe obowiązują i wiele osób będzie wolało się dwa razy zastanowić, zanim ujawni szczegóły. Ponadto, jeśli projekt okazał się prawdziwą katastrofą, zazwyczaj się tym nie chwalimy :). Chociaż jeśli druga strona posunęła się do łamania prawa (a bywają takie przypadki, bywają, dużo keków po ziemi chodzi), publiczne napiętnowanie nie byłoby niczym szczególnym. W końcu tak działa prasa.
Problem nurtuje mnie, ponieważ chodzi mi po głowie napisanie artykułu przedstawiającego różne aspekty tworzenia złożonego projektu informatycznego. Zalążki myśli zakiełkowały już na warsztatach, gdzie w ramach wykładów informatycznych mocno odszedłem od dominującej na niej zazwyczaj algorytmiki. Artykuł dotyczyłby zarówno programowania, czyli nieco przemyśleń dotyczących kodowania, jak i całej organizacyjno-prawnej otoczki, która często początkującym sprawia dużo kłopotu. Nie powinno to dziwić, czegoś takiego po prostu nie uczy się w szkole, trzeba samemu wypracować sobie pewną metodykę postępowania metodą prób i błędów. Natomiast rzeczywiste studium przypadku nadałoby suchym zdaniom jakiegoś wyobrażalnego sensu - tu akurat nikt chyba nie powinien zaprzeczyć, że zwykłe teoretyzowanie czyni tekst okropnie nudnym. Sam nawet nie wiem, czemu w ten wpis nie wplotłem żadnej historyjki, teraz pewnie ledwo kto to do końca doczyta i o komentarzach ze spostrzeżeniami innych mogę zapomnieć :). Tak czy siak artykuł powstanie.















Napisał Tuner w środę, 22 sierpnia 2007 o 10:01
A trzymaj jeden komentarz ;)