Był to jednak tylko wstęp do właściwej gry, ponieważ do "dyskusji" włączył się jeden z radnych, chcąc przedstawić swój punkt widzenia oraz dodatkowo sprostować niektóre, jak się okazało, błędnie podane w artykule kwestie. Natychmiast znalazł się obrońca ciemiężonego ludu, który wytknął całej radzie miejskiej prostactwo, pijaństwo, ciemnotę i chamstwo, jednocześnie przeplatając swój elaborat rynsztokowymi epitetami, wśród których znalazło się m.in. przyrównanie paru polityków do pisuarów. Zachowanie takie nie spodobało się wszystkim - ktoś poprosił samozwańca o podpisywanie się pod swoimi wypowiedziami, skoro tak dość prostolinijnie sobie po wszystkich jedzie. Nie poskutkowało, proszony stwierdził, że jest wolność słowa, a on się podpisywać zamiaru nie ma.
Mimo iż połowa ludzi zasiadających u władzy faktycznie nie powinna tego zajęcia w ogóle uprawiać, jednak w tym wypadku jestem pełen podziwu dla pana radnego, który zachował zimną krew i nie stoczył się do poziomu samozwańca. Połowa narodu wychodzi z założenia, że jak przyjdzie dajmy na to Platforma Obywatelska, wprowadzi podatek liniowy czy inne cudo, w zależności od wyznawanej opcji politycznej, nagle w kraju zapanuje powszechna zgoda i dobrobyt. Owszem, pomaga to w zachowaniu umiaru, ale nie zmienia to faktu, że naprawianie państwa powinno się raczej od siebie samych zaczynać. Inaczej skąd bowiem ci wybawcy nadejdą? Z tłumu osądzającego polityków od czci i wiary, który w rzeczywistości zachowuje się dokładnie tak samo? Przykład w dwóch kopiach znajduje się aktualnie na stołkach premiera i prezydenta.














