Paradoksalnie, głównej winy nie ponoszą tutaj nauczyciele, bowiem oni nawet jeśli znają się na tym, co robią, są ograniczani przez "siły wyższe", czyli program nauczania oraz dyrekcje szkół, które bagatelizują sobie przedmiot. Popatrzmy dla przykładu na moje liceum. Wyposażone jest ono w dwie pracownie informatyczne, trwają starania o utworzenie trzeciej, natomiast ich wykorzystanie jest śmieszne dla kogoś, kto się przedmiotem bardziej interesuje. Typowa klasa ma jedynie dwie godziny tygodniowo zajęć z tzw. "technologii informacyjnej", na której wykładany jest Derive, Word i Excel. Klasa matematyczno-fizyczna ma (a przynajmniej miała) jeszcze dwie godziny informatyki w klasie drugiej, natomiast matematyczno-informatyczna, gdzie w teorii powinien być na to kładziony już naprawdę porządny nacisk, kontynuuje zajęcia do klasy trzeciej. Realizowany program zapewne został ułożony przez jakiegoś teoretyka edukacji, który skończył tam kilka kursów - na mój gust zupełnie nie przystaje on do specyfiki przedmiotu, nie wspominając już o fakcie, że do skądinąd wymagającej matury z tego przedmiotu absolutnie on ucznia nie przygotowuje.
Osobiście już dłuższy czas na planowe godziny informatyki w szkole nie uczęszczam. Zamiast tego profesor załatwia mi wraz z kolegą różne nienormowane zajęcia w stylu stawiania serwerów, prowadzenia strony internetowej itd. które już bardziej przystają do naszego poziomu i na których naprawdę nauczyliśmy się czegoś pożytecznego. Pytanie tylko, dlaczego jedynie prawdziwi zapaleńcy mają wynosić ze szkoły, jeśli chodzi o informatykę, coś ciekawego, a reszta jest zbywana głupotami. Obsługi Worda, a nawet Excela może się bez większych przeszkód każdy we własnym domu nauczyć i zazwyczaj tak się właśnie dzieje. Jaki jest sens wałkowania tego po raz kolejny? Fakt - wielu użytkowników tych programów nie za bardzo zdaje sobie sprawę z reguł komputerowego składania tekstów, ale to już problem natury zecerskiej, a nie informatycznej.
Dawno temu na Zyxist.com zastanawiałem się, co by było, gdybym nauczał informatyki. Teraz ponownie wrócę do zagadnienia, ale już bardziej poważnie w sensie "jak ja widzę nauczanie tego przedmiotu". Rzecz pierwsza to wymiar godzin w klasach informatycznych. W każdym roku musiałyby to być bezwzględnie cztery godziny, z czego jedna byłaby lekcją teoretyczną, z zeszytami i tablicą, a nie pecetami. Ich wykorzystanie byłoby następujące: w pierwszej klasie dwie godziny na technologię informacyjną, dwie na naukę programowania i algorytmikę (tu się przyda godzinka teoretyczna). W latach kolejnych pozostałaby już sama informatyka, lecz ubarwiana od czasu do czasu różnymi dodatkowymi kwestiami.
Program przygotowany przez MENiS pierwszego dnia szkoły na oczach wszystkich uczniów wyrzuciłbym do śmietnika lub spalił na środku sali. Następnie poleciłbym im rozpierniczyć system na swoich stanowiskach, dając na to godzinę czasu. Dozwolone są wszystkie chwyty, za wyjątkiem stosowania trojanów i wirusów. W ten sposób ci bardziej "stremowani" uczniowie nabraliby śmiałości w obsłudze, poznając, że system komputerowy nie jest aż tak łatwo zniszczyć. Druga godzina - cóż, części osób na pewno to się by udało, więc nie pozostaje nic innego, jak zlecenie sformatowania HDD i zainstalowania Windowsa. Analogicznie dobrałbym materiały na następne lekcje (podstawy sieci komputerowych, firewalle, antywirusy, trochę uświadamiania młodzieży, by wiedziała, że to niebieskie "e" na pulpicie to nie jest "internet", tylko jedna z wielu przeglądarek (w dodatku nienajlepsza) do przeglądania jednej z wielu usług światowej sieci). Acha, i od razu pierwszego dnia spytałbym się, kto chce wziąć w udział OI. Osoby z podniesionymi rękami od razu dostałyby pierwszą partię zadań przygotowawczych :P. Tak, oczywiste jest, że zadbałbym o to, by nie popełnili mojego błędu i zaczęli się przygotowywać do zawodów odpowiednio wcześnie :).
Informatyka właściwa, czyli programowanie i algorytmika, jak napisałem powyżej, składałaby się z części teoretycznej i praktycznej. Teoria byłaby normalną teorią, czyli wprowadzenie pojęcia złożoności obliczeniowej, podstawowych algorytmów, dowody poprawności... tyle że w nieco innej konwencji, niż przyzwyczajają nas do tego nauczyciele starej daty. Nie omieszkałbym pokazać szeregu ciekawostek w stylu udowodnienia, że banalna maszyna Turinga jest w stanie robić to samo, co potężny pecet za 5000 złotych, czy dlaczego nie da się napisać algorytmu sprawdzającego, czy inne algorytmy faktycznie nimi są. Ew. kazałbym się im w maszynę Turinga zabawić :D. W pierwszej klasie na ostatniej "wolnej" godzinie, przeprowadziłbym naukę programowania w moim stylu, czyli poprzez zwyczajną praktykę. W drugim roku teoria algorytmiki zostałaby porządnie połączona z praktyczną umiejętnością programowania. Analogicznie, zamiast dawać uczniom jakieś abstrakcyjne zadania z kosmosu, propagowałbym raczej pokazywanie zdobytej wiedzy w praktyce, czyli napisanie jakiejś prostej pseudo-bazy danych, próba stworzenia parodii jakiejś aplikacji itd. :). Nie zabrakłoby również minikonkursów. W każdym razie urozmaicenie, wyjście ze schematów i olanie programu nauczania to podstawa. Szczęśliwi, którym dane jest uczenie się informatyki właśnie w taki sposób.















Napisał m_gol w poniedziałek, 12 marca 2007 o 20:33
Popieram, popieram, popieram :) Potem ludzie idą na studia informatyczne i muszą być wszystkiego uczeni od zera, a taki prof. Diks na UW nie martwi się tym, że egzaminy mogą być za trudne (w tym roku przedmiot oblało 77 osób, przy 60 zaliczonych). Warto przedtem obyć się przynajmniej z takim sposobem myślenia, jaki potem jest wymagany na studiach.