Prawdę rzecz biorąc, większość szkolnych przedmiotów nie wniosła za dużo do mojego banku wiedzy. To, że coraz większa liczba osób prorokuje mi, iż będę sławnym pisarzem - cóż, styl wypracowałem samodzielnie. Języki obce - jakoś same weszły :). Słowacki - nawet gdybym chciał chodzić na prywatne lekcje, nie miałbym gdzie. PHP i bazy danych - kursy i tutoriale odstawione prawie na samym początku. Dużo by tego wymieniać. Istnieje kilka podstawowych sposobów, dzięki którym uczyć się samemu nie jest wcale tak trudno. Przetestowałem je osobiście, więc coś w tym musi być.
Sposób pierwszy to naśladownictwo i działania odtwórcze - jest to jeden z podstawowych mechanizmów uczenia się człowieka. Tak uczymy się w najmłodszych latach mowy, chodzenia, interakcji z otoczeniem. Prawda, później użytek z tego robią nauczyciele w szkołach, ale oni wcale nie są niezbędni, aby dalej z tego nie korzystać. Wystarczy tu odrobina motywacji i nieco ćwiczeń. Po pewnym czasie zacznie nam to przychodzić z coraz większą łatwością. To znak, że nasza intuicja potrafi już sobie radzić w nowych sytuacjach, przez co czujemy się pewniej oraz mamy mniejsze trudności z dopasowaniem nowych wzorców do tego, co już znamy. Ostatnio udało mi się poinstruować pewną osobę, jak ma korzystać z programu X, posługując się wyłącznie screenshotem z jego strony domowej. Choć program widziałem pierwszy raz w życiu, a on sam miał dość dziwny interfejs, udało mi się wypatrzeć analogie i szybko dojść, co do czego służy. Nie uważam tego bynajmniej za jakiś wielki wyczyn - każdy mający pewne obycie zrobiłby to samo bez większego problemu :P.
W zapamiętywaniu bardzo pomaga praktyka oraz... humor. Im więcej pozytywnych emocji włączonych jest w procesie nauki, tym łatwiej mózg ludzki przyswaja sobie nowe informacje. Kiedy czujesz się zmęczony - odpocznij, zajmij się parę minut czymś innym. Naucz się żonglować. Podrzucanie piłeczek nie tylko relaksuje, ale poprawia inteligencję. Nie bez powodu amerykańscy menedżerowie uczą się tej cyrkowej sztuczki na kursach zarządzania. Sprawdza się to jako kilkuminutowy przerywnik w pracy. Pozytywne nastawienie do nauki to podstawa.
Wspomniałem też o humorze. Przypomnij sobie, jak doskonale pamiętasz sytuacje, w których uśmiałeś się do łez. Wspomnienie zabawnego zdarzenia jest często ostre niczym film. Wykorzystanie śmiechu jako stymulatora pamięci ma znakomite rezultaty. W wieku 12-13 lat dla zabicia czasu zacząłem zabawiać się w wyszukiwanie różnych niekoniecznie sensownych powiązań między słowami, później również sytuacjami. Okazało się, że miało to wielorakie konsekwencje. Wypracowania zacząłem pisać z marszu, gdyż po prostu na bieżąco przychodziły mi nowe pomysły na dalsze kontynuowanie, właśnie siłą skojarzeń. Zauważyłem też, że znacznie lepiej pamiętam rzeczy, dla których wymyśliłem jakieś absurdalne skojarzenie. Przykład? Na niemieckim mieliśmy jakąś czytankę o Kolonii, jak zwykle zaowocowało to pojawieniem się w zeszycie z czterdziestu nowych słówek. Do dziś pamiętam z nich tylko der Umzug (pochód, przemarsz - o jakimś karnawale to było). A dlaczego właśnie je? Ponieważ tuż pod nim zapisałem sobie dla jaj der Rottenarmeeumzug. Kolegi z ławki akurat na tej lekcji nie było, więc pożyczył sobie zeszyt i później do mnie zwrócił się z takim oto tekstem: Zyx, czy tej prof. XXXX odbiło do reszty? Po cholerę mi wiedzieć, jak jest "pochód Armii Czerwonej" po niemiecku! Nie muszę chyba dodawać, że zamiast odpowiedzi spowodował u mnie gwałtowny wzrost poziomu wesołości? Równie dobrze pamiętam, jak po słowacku jest "powielacz" - cyklostyl, właśnie dlatego, że słowo to wydało mi się okrutnie zabawne. Tak więc nauczyciele - nie brońcie humorowi dostępu do lekcji! Nie brońcie uczniom pisać po grecku wspak w zeszytach! Nie brońcie ludziom robić notatek z lekcji w PHP (tylko dzięki temu pamiętam do dziś przebieg procesu duplikacji DNA :))! Zabawne lub zabawnie zaserwowane rzeczy naprawdę jest kilka razy łatwiej zapamiętać!
Ostatnia sprawa to nie bać się podejmować wyzwań. Jeśli wmawiasz sobie, że coś jest za trudne, to automatycznie skazujesz się na porażkę. Nie tylko na sobie, ale także u innych zauważyłem, że gdy ktoś podchodzi do nowości z nastawieniem "o jakie fajne, też tak chcę", zwykle po pewnym czasie osiąga swój cel. Zapis nutowy znam piąte przez dziesiąte. Podręczników własnych do nauki praktycznie nie mam, podobnie jak nauczyciela - a mimo to ciężko powiedzieć, że nie umiem grać na organach. Wszystko wypracowałem samodzielnie, gdyż mi się to podobało. Fakt, zaowocowało to wypracowaniem własnych rozwiązań, które być może dla niektórych wyglądają dziwnie, ale ma to też głębszy wymiar. Do przodu świat pchają osoby, które nie myślą utartymi schematami i potrafią znaleźć nowy punkt widzenia na problem. Reszta to zwykli rzemieślnicy :P.
Pozdrowienia dla wszystkich samouków! Pamiętaj - ty też możesz nim być. Wystarczą tylko chęci :).






Napisał Cudi w środę, 23 sierpnia 2006 o 19:59
Metoda skojarzeń to chyba najlepsza metoda nauki. Sam w ten sposób uczę się swoich haseł (niektóre kilkunasto znakowe), numerów telefonów itd. Skojarzenia są absurdalne, np. jednego numeru telefonu nauczyłem się zapamiętując, że suma ostatnich 4 cyfr jest równa 100, i o dziwo, choć nie musiałem go używać od lat, do dziś pamiętam że te liczby 64 i 36 :P (64 pamiętam pewnie dlatego, że to potęga 2, a druga liczba wychodzi z działania 100 - 64 ;)). A to chyba jeden z najprostszych przykładów moich absurdalnych skojarzeń. Komuś może się wydawać, że po co kombinować, że w ten sposób nasz mózg musi pochłonąć więcej informacji. Ale tylko dzięki takim skojarzeniom informacje nie wypadają z głowy, nawet jeśli nie są używane.
Co do samouctwa, prostym przykładem jest pisanie na klawiaturze. Wiele osób wypracowuje sobie swój własny styl pisania, nie znając albo nie wiedząc, że są jakieś reguły. I osiągają dużo lepsze wyniki jeśli chodzi o szybkość i bezbłędność pisania, niż panie w urzędach po kursie komputerowym ;)