Jak się okazuje, stare i ograne do bólu metody wciąż są najskuteczniejsze. Nieważne, ile się mówi wokół o ochronie swoich danych. Z relacji poszkodowanych wynika, że czynnikiem decydującym było tu obdarzenie oszusta bądź też samego Allegro nieuzasadnionym zaufaniem (taki potężny serwis na pewno nie zezwoliłby na takie ogłoszenie, gdyby miał co do niego jakieś obawy). Osoby zajmujące się tworzeniem oprogramowania dla serwisów internetowych mogą śmiać się z tego typu naiwności - w końcu administratorom hasła użytkowników są potrzebne, jak piernik wiatrakowi. Po pierwsze, gdyby im się z jakiegoś powodu chciało uzyskać dostęp, wystarczy, że sobie zapamiętają gdzieś hash z bazy danych, zmienią hasło i po skończonej robocie przywrócą stary hash. Po drugie, po to są panele administracyjne, by można było uzyskać wszystkie potrzebne dane użytkownika bez konieczności podawania jego hasła. Banki internetowe na każdym kroku podkreślają, że ich pracownicy nigdy nie będą pytali o poufne dane właśnie z tego powodu - po diabła im one. Może dobrym pomysłem byłoby wykonanie i rozpowszechnienie w sieci filmu pokazującego, ile narzędzi ma administrator do sprawdzenia danych użytkownika, aby ludzie zrozumieli, że prośby "pracowników" o podanie danych dostępu są bezpodstawne?
Jednak myślę, że problem do końca nie leży w samym niezrozumieniu istoty działania mechanizmów zabezpieczeń. Osobną sprawą jest ludzka psychika. Pod wpływem jakichś bodźców człowiek przestaje myśleć racjonalnie i zaczyna chwytać okazję. Nawet jeżeli pozornie zweryfikuje sytuację, jest tak podekscytowany, że zapomina o paru ważnych szczegółach. Stan ten nie jest obcy wielu ludziom, tyle że w większości przypadków dotyczy rzeczy na tyle błahych, że szybko przechodzimy nad tym do porządku dziennego. Podam tu przykład rozmowy, której byłem świadkiem kilkanaście miesięcy temu na obozie naukowym. Rzecz działa się w czasie wolnym, w sali było kilka grupek, które zajmowały się swoimi sprawami. Nagle odzywa się komórka - jednej z dziewczyn przyszedł SMS.
- Słuchajcie, tutaj piszą, że jakieś dziecko potrzebuje pomocy w sfinansowaniu operacji, za każdą rozesłaną wiadomość jest dodatkowy grosz.
- Ojej, to czekaj, pokaż... komu by to wysłać, kto na pewno roześle...
Kurde, znowu ten debilny łańcuszek leci, pomyślałem. Posłuchałem jeszcze chwilkę tych humanitarnych wynurzeń i w końcu zapytałem:
- Ej, a w jaki sposób oni zweryfikują, kto tę wiadomość wysłał? Przecież zmienicie sobie parę znaków, na przykład wywalicie kropki i przecinki lub zastąpicie jedno słowo synonimem i już się komputer wywali, a człowiekowi raczej by się tylu SMS-ów nie chciało sprawdzać.
- Ty, no faktycznie! Skąd oni mają wiedzieć, czy ja to wysłałam?
Debilny łańcuszek, a mechanizm działania dokładnie taki sam. Przypomnę, że to byli uczestnicy obozu naukowego, w dodatku matematycznego. Od nich z założenia wymaga się umiejętności logicznego rozumowania. Zamiast podanego, mogłem rzucić jeszcze pięć innych powodów, które dobitnie pokazywały, że ten łańcuszek do mistyfikacja i w dodatku w ogóle nie wymagały nawet odwoływania się do sfer informatyki. Mogłem powiedzieć, skąd ten jeden grosik pochodzi, skoro w SMS-ie nie ma nic o żadnym reklamodawcy? Te osoby miały wszystko, by dojść do identycznych wniosków samodzielnie, jednak nie zrobiły tego, kierując się emocjami i współczuciem.
Wnioski do podsumowania są lekko przerażające. Z praktycznego punktu widzenia, najlepiej byłoby, gdybyśmy zapomnieli o emocjach i podejmowali każdą decyzję niejako z perspektywy trzeciej osoby. Jednocześnie w ten sam sposób wyrobilibyśmy sobie opinię nieczułych drani. Nie wszystkie wybory są takie proste, by każdy mógł sobie do nich podejść od tak, analitycznie, bez żadnych konsekwencji. To tłumienie prawdopodobnie ustrzegłoby nas przed wieloma oszustami na niejednej aukcji, ale w końcu wybuchłoby dość mocno. Lepiej więc chyba poszukać złotego środka i po prostu pilnować się, nie tylko od strony naszych wiadomości, ale także stanu ducha.






Napisał Komentator newsa w wtorek, 18 grudnia 2007 o 00:33
Przydałby się filmik na ten temat, ale w TV, choć szans na jego pojawienie się tam pewnie nie będzie wielkich (redaktorzy wolą zajmować się innymi sprawami). W YouTube i w innych serwisach również należałoby go rozpowszechnić. :) Mógłbym pomóc w stworzeniu tej prezentacji na przykładach, ale najwcześniej dopiero w przerwie świątecznej.
Czy ktoś jeszcze jest chętny?