Na początek kilka danych technicznych: trasa liczy sobie 68 km długości i przebiega przez miejscowości Nisko - Jeżowe - Bojanów - Przyszów - Stalowa Wola - Nisko, zataczając tym samym ogromny okrąg, którego główny odcinek biegnie przez tereny na południe od Puszczy Sandomierskiej. Czas przejazdu: 3h 10m ze średnią prędkością ok. 22 km/h.
Z domu wyruszyłem o równej ósmej. Temperatura powietrza ciut powyżej dwunastu stopni, mój ubiór to bluza z długim rękawem i krótkie spodenki. Wbrew pozorom zimno nie było; po pierwsze wschodzące słońce szybko ogrzało powietrze, po drugie sama jazda też "trochę" rozgrzewa. Pierwszy przystanek to spożywczak, gdzie kupiłem 2 litry picia na drogę. Ładuję wszystko do nowiutkiej torby rowerowej, nakładam kask (ten ekwipunek przechodził dziś notabene chrzest bojowy) i jazda. Jadę przez Nisko, w którym panuje typowy poranny ruch. Ostatnie niedobitki walą jeszcze do Stalowej Woli do pracy, ludzie robią poranne zakupy - ot, typowy dzień. Na rondzie skręcam w prawo, na drogę krajową do Rzeszowa. Po przejechaniu wiaduktu nad linią kolejową, mijam jeszcze trochę domów i pogrążam się w lesie. Na trasie jest położony dość równy asfalt, tzn. nie ma łat, załamań, dziur, ale porządnego pobocza, jak w kierunku Lublina, tu już nie uświadczysz. Trzeba jechać pasem dla samochodów i ustępować przy co bardziej skomplikowanych sytuacjach.
Na ósmym kilometrze zaczyna się wieś Nowosielec, rozciągnięta wzdłuż krajówki. Przejeżdżam przez przejazd LHS i jadę, jadę, jadę, myśląc sobie, czemu ta wieś jest taka długa. Skończyła się dopiero na kilometrze piętnastym, później było znowu nieco lasu, z którego wyłoniła się... góra. Wjechałem na nią, zjechałem i zobaczyłem drugą, jeszcze większą. Tam już naprawdę porządnie się trzeba napedałować, by ją zdobyć, lecz na szczycie wita nas nagroda: "Gmina Jeżowe wita". Możemy sobie zjechać z ogromną prędkością w dół, uważając, by na pierwszym skrzyżowaniu w Jeżowem odbić w prawo na Bojanów.
Znalazłem się teraz na drodze gminnej, gdzie samochód był rzadkością. Początkowo asfalt zawierał nieco dziur, które należało czasem omijać, ale dalej wiodła już porządna, wiejska droga (nie to, co ulice w miastach i drogi szybkiego ruchu). Było krótko po dziewiątej i panowała atmosfera wiejskiego poranka. Przed domami siedziały babcie, kontemplując przyrodę, z lewej coś orano, z prawej trochę pól i las na horyzoncie. Wycieczkę pierwszoklasistów z lokalnej podstawówki minąłem dość szybko, wzbudzając spore zainteresowanie :). Cóż, rowerzyści w kaskach, z typowo rowerowym wyposażeniem to wciąż nie jest normalny widok w Polsce.
Jadąc tak sobie tą dróżką, wjechałem do gminy Bojanów leżącej z niewiadomych przyczyn w powiecie stalowowolskim. Z niewiadomych, gdyż patrząc na mapę można odnieść wrażenie, że znacznie jej bliżej do ziem niżańskich, niż do reszty powiatu stalowowolskiego, z którym połączony jest tylko jedną, lokalną drogą. Ale zostawmy te administracyjne dywagacje. Dość, że znów przejechałem przez LHS, podziwiając rozbiórkę chyba nigdy nieoddanego do użytku wiaduktu drogowego i tak wylądowałem w Bojanowie. Tutaj dotychczasowy odcinek trasy się kończy i dalej trzeba gnać już drogą bodajże wojewódzką o fatalnej nawierzchni (zarwany asfalt, dziesiątki łat, ogólna wąskość). Jej jakość biją na głowę wszystkie poboczne drogi wiejskie i jak tak dalej pójdzie, to w przyszłości chyba na nich będzie się koncentrował polski transport :(.
Po Bojanowie przyszły Stany (no popatrzcie, jaki zdolny jestem. Do Stanów dojechałem rowerem, i to w dwie godziny :)). Tu miałem nieco większy postój z okazji wybicia czterdziestego kilometra. Cały czas rozglądałem się za jakimś sposobem zjazdu z tej rozsypującej się drogi. Nagle mym oczom ukazał się piękny, biały znak z symbolem roweru, niebieską strzałką i napisem "Stalowa Wola, 19 km". O, jak świetnie. Właśnie tam jadę, a specjalna trasa rowerowa będzie nawet lepsza. Zjechałem więc tam, na drogę gruntową, pełną zagłębień i kurzącą w niektórych miejscach. Minąłem zabudowania, patrzę przed siebie i radość: osławiona wiejska droga asfaltowa! Och, jakże byłem uradowany. Wpadłem na nią pełnym gazem, ujechałem 10 metrów i zatrzymałem się nagle. Po lewej było odbicie na jakąś polną drożynę, a przy nim... znak trasy rowerowej. Podchodzę, patrzę... kurde, z drugiej strony też jest. Nie ma głupich, nie po to zjeżdżałem z tamtej drogi, by się teraz po polach rozbijać, kiedy jeszcze tyle trasy przede mną. Ponadto, sądząc po szybkości pogarszania się nawierzchni, pewnie dalej musiałbym przechodzić przez rzekę Łęg, brodząc w wodzie, zamiast kulturalnie po moście. Olałem więc to i asfaltówką wróciłem do pierwotnej trasy. Tu już zaraz wyłonił się most na wspomnianym już Łęgu i drogowskaz. Na prawo do Niska, na lewo do Stalowej. Oczywiście wybrałem ten drugi wariant :). To jest właśnie ta jedyna droga łącząca gminę bojanowską ze Stalową Wolą. Na pierwszy rzut oka wydaje się być gładziutka, ale to tylko pozory. W wielu miejscach występują szczeliny i ubytki asfaltu, których w słonecznym świetle często zwyczajnie nie widać. Dopiero później, widać jakąś poprawę. Tu cały czas jedziemy przez las, by po kilkunastu kilometrach wypaść prosto na stalowowolską ulicę Ofiar Katynia. Jedzie się nią cały czas przed siebie, przemierzając najstarsze części miasta. Wiele z budynków powstało jeszcze przed wojną, co jest osiągnięciem niebagatelnym zważywszy, że budowę miasta rozpoczęto w 1938 roku. Gdyby nie Zakłady Południowe S.A. (dzisiaj znane jako Huta Stalowa Wola S.A.), dalej jechałbym teraz lasem. A tak samochody, wielu ludzi, typowy miejski gwar. Tuż przed przejazdem skręcam w nowowybudowaną ulicę Solidarności, a konkretniej na ścieżkę rowerową przy niej. Dalszy i zarazem ostatni odcinek trasy znam na pamięć, gdyż codziennie jeżdżę nim do szkoły. Ot, sześć kilometrów wzdłuż ruchliwej krajówki w miejskim krajobrazie i witaj domu!















Napisał chomik w środę, 10 maja 2006 o 14:17
Tego samego dnia też miałem pierwszą przejażdżkę na rowerze, z kumplami. Ogólnie 120 km, trasa wiodła do Janowa Lubelskiego następnie Porytowe Wzgórze i wracałem jakimiś wioskami (Huta Podgórna, Krzeszowska itp.) Wróciłem do domu koło 19 cały przemoknięty, bo 3 razy złapała nas burza...