- Zaciemnieni - mając na wczesne godziny poranne do szkoły korzystam z podwózki samochodem. Jedyna, jednopasmowa droga łącząca Nisko i Stalową Wolę jest zatłoczona wtedy do granic możliwości. W dodatku zimą panują ciemności. I teraz powiedzcie, jak niewiele trzeba, by rozjechać rowerzystę, który w najlepsze pedałuje sobie obok pędzących pojazdów bez żadnych świateł? Teoretycznie asfaltowe pobocze składa się w istocie z dziur, dołów i piachu, więc siłą rzeczy nie da się po nim jechać przez więcej, niż kilka metrów - jedyna sensowna alternatywa to podróż pasem dla samochodów. Tylko czemu na nieoświetlonym rowerze? Życie tobie babko czy facecie niemiłe? To skocz sobie z mostu, a nie będziesz jeszcze przyprawiał o palpitację serca zwyczajnych ludzi, którzy chcą dojechać tylko do pracy.
- Mój dom na skraju wsi, mnie wszystko wisi - jak przetłumaczyć jakiemuś rolnikowi, który w analogiczne poranne godziny szczytu wytacza się na główną drogę swoim ciągnikiem wyciągającym w porywach 30 kilometrów na godzinę, co się dzieje wtedy z jadącymi za takim pojazdem samochodami? Żeby chociaż trochę zjechał na fragmentach względnie dobrego asfaltowego pobocza - ale po co? Mnie wszystko wisi, jeżdżę se, jak chcę. Zwłaszcza, że w istocie jest jeszcze jedna, osiedlowa uliczka dojazdowa do Stalowej Woli, po której mógłby sobie taki przejechać, nikomu praktycznie nie wadząc.
- Po co sygnalizować? - końcówka świąt Bożego Narodzenia, jedziemy do kolejnej rodziny. Najpierw, jeszcze w samym Nisku przed nami toczy się Maluch, który zaczyna powoli hamować i nagle na skrzyżowaniu, bez żadnego zasygnalizowania, skręca w boczną drogę. W Stalowej Woli skrzyżowanie dróg, jakiś facet w kilkunastoletnim wozie też skręca sobie w najlepsze bez kierunkowskazów. Tak się złożyło, że jeszcze kawałek jechaliśmy za nim. Kolejne skrzyżowanie - też nie włączył, bo po diabła w ogóle cokolwiek sygnalizować na drodze?
- A bo mi się spieszy - sytuacja tuż sprzed mojego egzaminu, chyba największy przykład bezmyślności, jaki zaobserwowałem. Jest sobie w Stalowej dwujezdniowy wiadukt nad torami kolejowymi. Tuż za nim z obu stron odchodzą boczne dróżki, które następnie zawracają pod wiadukt - ot tak, by można było sobie zawrócić, tudzież przejechać na tę stronę, którą się akurat potrzebuje, bo jest też do nich i inny dojazd. Właśnie jadę sobie taką dróżką z instruktorem, dojeżdżamy do krzyżówki i chcemy na tę łącznikową uliczkę wjechać. Znak "ustąp pierwszeństwa", więc zatrzymanie, bo ktoś jedzie. Przepuściłem, jeszcze raz upewniłem się, że nikt nie nadciąga, zatem ruszam. Nagle - po hamulcach, instruktor wali z całej siły w klakson. Okazało się, że (powiedzmy szczerze) debil, którego przed chwilą przepuściłem, nagle zapragnął się z niewiadomych powodów cofnąć ze złamaniem wszystkich możliwych przepisów. Pełna para na wsteczny, pod prąd, co z tego, że inny samochód (ja) prawie już wjechał na skrzyżowanie?
Wszystkie te sytuacje miały miejsce w jednym miesiącu. Dlatego myślę, że do jazdy samochodem całkiem na luzie podejść nie można. Nigdy nie wiadomo, kto jedzie innym samochodem. Osobiście wolę dojechać kilka(naście) minut później do celu, ale w jednym kawałku...















Napisał shw w środę, 3 stycznia 2007 o 22:49
dzis mialem okazje jechac sobie pierwszy raz dluga trasa (140-150km). wielka szkoda, ze na kursie uczy sie tak naprawde zdawac egzamin, a nie jezdzic.
pomija sie kwestie takie jak np. wyprzedzanie, ktorego w miescie nie uswiadczysz. mylnie twierdzi sie, ze na trasie to kazdy glupi usiadzie, noga na gaz i dojedzie oraz ze niektorych manewrow umiec nie trzeba, bo jak sie dluzej pojezdzi to sie nauczy, a newbiemu umiec ich nie musi (jak np. wlasnie wyprzedzanie).
od zdania prawka jezdzilem naprawde - kilka razy, do policzenia na palcach, wiec taka trasa to pewne przezycie. co czekalo mnie po drodze?
- predkosc - wiem, ze w pewnych momentach ograniczenia sa smieszne (poza miastem, znak do 40, bo wykopki na poboczu - tyle, ze nikt nie pracuje), ale tez nie przesadzajmy w druga strone
- tiry - nie zabraniam jezdzic po drogach - jakos te towary rozwozic trzeba. sek w tym jak sie jezdzi. jezeli jedzie sie za czyims zderzakiem, pojazdem wazacym kilkadziesiat ton, to ja dziekuje. jak to powiedzial kiedys kierowca takiej ciezarowki - jak trzeba w miare szybko zahamowac, to nie ma co hamowac - lepiej zamknac oczy, bo i tak sie nie zatrzymasz.
- dla niektorych jazda 75 przy ograniczeniu do 50, przy ostrym zakrecie to malo i po prostu trzeba wyprzedzic
- apropos wyprzedzania - przydatna umiejetnosc, to hamowanie awaryjne - niektrorzy uwazaja, ze wyprzedzic trzeba - bez wzgledu na wszystko - nawet jezeli jedzie sie na czolowke. to kierowca z naprzeciwka powinien zjechac do rowu z piskiem opon - wazne, zeby byc o 2.3sec wczesniej
- mniejsze zlo - bo przepisy przepisami, ale jak mozna jechac za ciungnikiem z przyczepka pomykajacym 20 km/h, tylko dlatego ze wlasnie wkroczylismy na odcinek o podwojnej ciaglej, na 2 zakretach? kwestia przeciecia linii i przejechania w 10 sec lub jechania z predkoscia szczytowa 20km/h przez 10 min, bo pan rolnik se gdzies jedzie glowna droga.
- rowezysci - zawsze mnie wkurzalo, kiedy slyszalem narzekanie na rowerzystow. sam przed prawkiem lubilem sobie pojezdzic i to po ulicy, a nie wqrwiac przechodniow i robic slalom na chodniku. jednak niektorzy chyba uwazaja, ze rower z supermarketu to juz prawie motor i moga sobie jechac nie tylko srodkiem drogi, ale i jego lewa czescia, przy linii, lekkim wezykiem. dodam, ze rowezysta nie skrecal w lewo, bo nie bylo nawet gdzie.
- a w miescie? bylo juz spokojniej. chociaz np. na tzn. bezpiecznym skrzyzowaniu, czyli rondzie, mniej myslacy moga dojsc do wniosku, ze to wjezdzajacy ma pierszenstwo.
co ciekawe - z obserwacji wynika, ze to nie mlodzi kierowcy maja skonnosc do ssania za kierownica i powodowania powazniejszego niebezpieczenstwa - ci to moja stuknac kogos z tylu z predkoscia 5km/h, bo nie ma wyczucia. to ci co juz sobie troche pojezdzili, uwazaja sie za kierowcow rajdowych i panow drogi.