Pogoda była całkiem niezła. Choć dość silnie dmuchało, nie były to takie podmuchy, jak w środę, a ponadto przez większą część trasy wiały mi z boku. W sumie to i dobrze, bowiem słoneczko świeciło dość mocno i bez wiatru po prostu by się nie dało jechać.
Pierwszy odcinek trasy, z Niska do Rudnika (15 km) obył się bez niespodzianek. Trasa jest tu monotonna, jak jasny gwint. Po przejechaniu pod wiaduktem Linii Hutniczej Szerokotorowej (4 km od miasta) dalej nie ma praktycznie żadnych osiedli wzdłuż drogi, jedynie na horyzoncie majaczą wioski i dolina Sanu.
Gdy mijałem Rudnik, na tamtejszym Mosirze trwały przygotowania do obchodów drugiego dnia Wiklina 2005. Dla niewtajemniczonych wyjaśniam, że miasto to słynęło w przeszłości ze swoich wyrobów wikliniarskich i stąd taka tradycja. Po Rudniku leży wieś Kopki, za którą znajduje się najdonioślejszy znak drogowy wyznaczający dokładnie połowę drogi z Niska do Leżajska. Zaraz za nim w lasku przed wsią Tarnogóra zatrzymał mnie jakiś kierowca ciężarówki, który pragnął dostać się z Biłgoraja do Rzeszowa. Dałem mu cynk, że napewno da się to zrobić w Nisku, bo tam jest droga krajowa Lublin-Rzeszów. Dodałem również, że prawdopodobnie Leżajsk też ma połączenie. Pojechał właśnie tam, a ja zastanawiałem się, czy przypadkiem nie wywiodłem go w pole. Później się dowiedziałem, że jednak nie :).
Za Tarnogórą czekał mnie dosyć długi odcinek prostej drogi przez pola do miasta Nowa Sarzyna. Wreszcie mogłem przejechać tam przez przyzwoity most. Kiedy pokonywałem identyczną trasę w zeszłym roku, był on w remoncie i ruch odbywał się wahadłowo. Z Nowej Sarzyny do Leżajska prowadzi niemal prosta droga przez las. Zaraz za jego rogatkami przejeżdża się przez przejazd i wpada w skąpane w słońcu ulice. Pierwszym mijanym obiektem jest barokowy klasztor słynący na cały świat ze swych ogranów. Już sto lat temu pielgrzymowały do niego setki tysięcy ludzi, a dziś ponadto odbywają się tam koncerty. W Leżajsku również odbywała się jakaś miejska impreza. Na placu przed Miejskim Domem Kultury (naprzeciw dworca PKP/PKS) zgromadzone były tłumy ludzi. Ja jednak pojechałem aż na sam rynek, gdzie zakupiłem sobie lody truskawkowo-czekoladowe. Siedząc pod parasolem słuchałem piosenek w wykonaniu jakiegoś ulicznego grajka. Były bardzo nastrojowe, a ja po raz kolejny stwierdziłem, że tu to się dopiero czuje klimat dawnej Galicji. W Nisku też co prawda jest on jeszcze obecny, dość mocno zagłusza go wielkomiejski gwar sąsiedniej Stalowej Woli.
Wreszcie deser został zjedzony. Wsiadłem na rower i wybrałem się w dalszą podróż ku pobliskiej wsi Giedlarowa, gdzie mieszkają moi dziadkowie.






Napisał Vengeance w poniedziałek, 6 czerwca 2005 o 21:24
W niedziele także wybrałem się na wycieczke taką jak ty, ale około 4 razy dłuższą :] Krótki opis tu: http://devblog.strefaphp.net/?postid=84 ale już niedługo wrzuce tam link do obszerniejszej relacji.