Nie ulega wątpliwości, że decydujący wpływ na jakość wykładu ma osoba oraz nastawienie wykładowcy. Tajemnicza persona, stojąca jak kołek przy katedrze i recytująca monotonnym głosem odkurzacza starannie wykuty w trakcie wieloletniej pracy na pamięć tekst i przerywająca jedynie by zapisać bardzo ważny wzór na tablicy to gwarancja 100% skuteczności w leczeniu bezsenności. Tego typu wywód uśpi nawet maniaka omawianego zagadnienia zaopatrzonego w dwulitrowy zapas kawy programisty (pochodna kawy o wielkiej sile rażenia), a co dopiero pierwszego lepszego studenta. Faktycznie, śpijmy. Nadarza się niepowtarzalna okazja do odrobienia choć troszkę miesięcznego deficytu snu. Zjawisko zwane "zgonem", czyli leżenie bez znaków życia z głową na pulpicie jest powszechnym zjawiskiem również na długich wykładach odbywających się w godzinach wczesnoporannych, jak np. 5-godzinny maraton matematyczny ze startem punktualnie o 7.30, jaki mam okazję odbywać w każdy czwartek.
Wykładowcy różnią się między sobą, ale z definicji można przyjąć, że 99,9% z nich będzie wyznawać kult kanonu piękna wykładanej nauki. Fizyk za skarby świata nie wyrzeknie się pięciometrowych podwójnych całek na pochodnych wektorów po licho wie czym, a także zaniedbań stawianych wszędzie, gdzie nawet laureatom Nobla ręce opadają :). Matematyk nie uwierzy, że bez podania twierdzenia zapisanego tysiąc dwieście szesnastoma różnymi symbolami można w ogóle cokolwiek wytłumaczyć. Bez wnikliwej pracy z mikroskopem otwarcie skryptu typowego wykładu na pierwszy rzut oka mogłoby być napisane po chińsku z wstawionymi gdzieniegdzie pojedynczymi polskimi słówkami. Spróbujcie kiedyś przeczytać dowód jakiegoś twierdzenia z pominięciem wszystkich znaków numeryczno-matematycznych. Powinniście otrzymać coś w tym stylu: "Niech dane będzie... takie, że... dla... wtedy... z definicji... zatem.... więc... z założenia... co było do wykazania". Schemat ten może posłużyć początkującym matematykom jako baza do konstruowania ich własnych dowodów - wystarczy jedynie w miejsca wielokropków powstawiać różne symbole :).
Jak więc przeżyć, tym bardziej jeśli katedra wspaniałomyślnie wpisała Wam wykłady na listę zajęć obowiązkowych? :). Jest wiele technik. Wykład to świetne miejsce do nauki... ale niekoniecznie tego, co jest na nim wykładane. Te kilkadziesiąt minut wspaniale nadaje się do odrobienia zaległych prac domowych czy nauczenia się na nadchodzące kolokwium, szczególnie gdy głos wykładowcy wyraźnie daje do zrozumienia mózgowi, że lepiej będzie dla niego, by skupił się na obliczeniach. W dzisiejszych czasach wraz z upowszechnianiem się urządzeń mobilnych zwanych laptopami, stały się one istotną ozdobą krajobrazu auli, a ciągnące się po podłodze dziesiątki metrów kabli zaczęły nagle dostarczać im niezbędnej do życia energii.
Wykład może nieświadomie wpędzić człowieka w nastrój idealny do kontemplacji. O dziwo, z takiej mikstury rodzą się czasem pomysły, których narodziny w innych okolicznościach byłyby znacznie trudniejsze, jeśli nie niemożliwe. Pamiętacie ze szkoły wiadomości przesyłane między ławkami na karteczkach? A co powiedzielibyście, gdyby tę prymitywną formę komunikacji wzbogacić o założenia Internetu? Oczywiście - wynikiem byłby WYKŁADNET, zestaw trzech protokołów pozwalających uruchomić manualną sieć lokalną między słuchaczami, w ramach której można wysyłać e-maile z możliwością rozbudowy o dalsze usługi. Nawiasem mówiąc dzisiaj wysyłałem na wykładzie papierowego e-maila do siedzącego parę rzędów wyżej kumpla, który odesłał mi wiadomość zwrotną - z załącznikiem :). Skrajną formą aktywności twórczej może być działalność artystyczna. W jej wyniku na ukończeniu jest "Portret znudzonego audytorium". Natomiast miłośnicy rozmaitych gier strategicznych docenią wartość kartki papieru, długopisu i nożyczek - wyposażenia pozwalającego w każdych warunkach na szybkie wykonanie zestawu szachów. Zalecam jednak uważanie z oddechem, ponieważ zbyt mocne dmuchnięcie może ulokować naszego skoczka na środku bardzo ważnego wzoru wypisanego na tablicy, zamiast na polu E6 :). Na wszelki wypadek lepiej jednak nie zdejmować całej koncentracji z treści wykładu, ponieważ nawet najnudniejszy wykładowca potrafi czasem pozytywnie zaskoczyć - a wtedy możemy sobie tylko pluć brodę "czemu @!#$%$ nie słuchałem"...
- Ależ mistrzu, jaki morał płynie dla nas z tej przypowieści?
- Absolutnie żaden. Opowiedziałem ją wyłącznie w celach czysto rozrywkowych.















Napisał Nowaker w czwartek, 6 grudnia 2007 o 21:50
Skąd ja to znam... ;) U mnie na Politechnice Gdańskiej najtragiczniejsze są wykłady z fizyki. Koleś coś tam pisze po tablicy, wali potrójną całkę, a całkowanie nazywa "sumowaniem", żeby nie wprowadzać rzeczy, których nie rozumiemy :P Dobry jest "myk" z kartką puszczoną w obieg, na której jest napisane "Spójrz na gwiazdę na suficie". Wszyscy po kolei wpatrują się w sufit... :)