Kreatywności do końca nie da się wyuczyć. Jest to umiejętność, z którą się rodzimy i którą rozwijamy od wczesnego dzieciństwa. Właściwie to ona decyduje o tym, czy zostaniemy zwykłymi "rzemieślnikami" idącymi za tłumem czy też będziemy temu tłumowi przewodzić. U zarania dziejów polskiej informatyki okazało się, że rodacy mają talent do algorytmicznych rozkminek, zajmując czołowe miejsca w prestiżowych międzynarodowych konkursach, co natychmiast podchwyciła prasa i marketingowcy hasłami w stylu "Informatyka specjalnością młodych Polaków". Wszystko jest pięknie do momentu, gdy zapytamy się, gdzie się owoce pracy tych młodych Polaków podziewają. Choć ludzie nie przykładają zbyt dużej wagi do tego, skąd pochodzi dana technologia, mają mniejszą lub większą orientację. Wiadomo, że Windows powstał w USA, jądro Linuksa wywodzi się z Finlandii, Ruby z Japonii, a PHP wybił się po przejęciu przez izraelskich programistów. W tym wszystkim ciężko doszukać się czegoś z naszego pięknego kraju. Mamy świetnych informatyków i zero projektów, które zawojowały świat. W całej swej świetności zapomniano, że wszystkie algorytmy nie zdadzą się w świecie na nic, jeśli nie połączymy ich w coś ciekawego, co sprawi, że ludzie powiedzą wow, to jest to, czego mi było trzeba.
Brak kreatywności widać, gdy przyjrzymy się pierwszym z brzegu ofertom pracy. Słowo "kreatywność" wpisane jest tam dlatego, że oferta układana była według szablonu i nie kryje się za nim absolutnie nic więcej. Samo to już świadczy o tym, jak bardzo "kreatywna" jest ekipa. Za to mamy długą litanię "bardzo dobrej znajomości": PHP, SQL, XHTML, JS, DOM, AJAX, XML, Zend Framework, Symfony, SKDJC, WOLDXDK, PSDOK, CholeraWieCoJeszcze, co też pokazuje, że osoba pisząca to ogłoszenie "świetnie" zna się na rzeczy. Jeszcze tylko brakuje wymagania, by programista umiał świetnie tapetować sufity i naprawiać wagony tramwajowe produkcji niemieckiej. Mówiąc krócej: werbujemy rzemieślników, by harowali po nocach, odwalając kolejne stronki dla kolejnych klientów, a ich jakość określamy na podstawie tego, jak dobrze potrafią korzystać z narzędzi pozwalających robić to jak najszybciej. Dołączamy portfolio z 30-ma realizacjami, ale nikt już nie zwraca specjalnie uwagi, że 20 z nich to kopie tego, co już jest, a pozostałe 10 to właściwie ta sama strona, tylko że ze zmienioną grafiką. Klient nasz pan i takich też absolwentów próbuje się wykształcić na studiach.
Studia
Pora przejść do meritum, czyli naszych wspaniałych studiów. Nietrudno zauważyć, że koncentrują się one na nauczeniu studentów charakterystycznego myślenia informatycznego, radzenia sobie z problemami oraz uniwersalnych technologii takich, jak sieci komputerowe, współbieżność czy programowanie obiektowe. Patrząc pod tym kątem rzeczywiście jest nieźle, choć dużo zależy też od uczelni. Student podczas kształcenia zapoznaje się z podstawami różnych technologii, a dalej pogłębia znajomość tych, które go zainteresują. Java, platforma .NET, Erlang, sieci... jest w czym wybierać. Jednak na liście przedmiotów i wymagań nie ma kreatywności.
Kreatywność w informatyce oznacza mniej więcej to samo, co w wielu innych dziedzinach: umiejętność stworzenia czegoś ciekawego z niczego lub z rzeczy, które na pierwszy rzut oka do siebie w ogóle nie pasują. Ja tymczasem na każdym kroku spotykam się z nastawieniem, że mam być klepaczem kodu. Wiele zajęć, gdzie dotyka się biznesowego aspektu informatyki, prezentuje podejście "przychodzi klient z pieniędzmi, mówi że potrzebuje XXX i my mu XXX musimy zrobić, by go kupił". Nie ma natomiast ani słowa o tym, jak wymyślić i zrobić projekt taki, by klienci zabijali się o to, by móc go kupić. Informatyk ma być rzemieślnikiem potrafiącym skroić garnitur na miarę. Tego wymagają polskie firmy, to dostarczają uczelnie. I dopóki to się nie zmieni, Polscy znakomici informatycy raczej świata nie zawojują.
Kreatywność stosowana
Kreatywność nie jest powiązana z jedną konkretną dziedziną wiedzy i składa się na nią cały szereg aktywności. Nawet zamiłowanie do rysowania czy malowania pozwala ją rozwijać. Spójrzmy na zachodnie kursy menedżerskie, gdzie dyrektorów firm uczy się kreatywności poprzez np. zabawę klockami czy naukę żonglowania i gdzie projektuje się specjalne zestawy klocków dla dorosłych służące właśnie do wyrażania siebie i swoich pomysłów. Z pewnością niejeden czytał relacje z siedziby Google lub innych dużych firm informatycznych, gdzie zespoły mają do dyspozycji masę gadżetów rozrywkowych, które jednak nie znajdują się tam tylko po to, by ludzie się mogli legalnie poopieprzać w pracy. Gdyby tak wyposażone laboratorium pojawiło się na uczelni, a studentom pierwszego roku kazanoby coś narysować lub zbudować z klocków, na ich twarzach pewnie malowałby się szok i niedowierzanie. Tymczasem sądzę, że wprowadzenie choćby nauki o ergonomii, projektowaniu interfejsów użytkownika oraz czegoś do rozwijania kreatywnego myślenia, gdzie ocenanie byłoby nie zaawansowanie technologiczne, ale innowacyjność, kosztem co poniektórych dziwniejszych i średnio przydatnych przedmiotów (przynajmniej w ich obecnym wydaniu) wyszłoby ludziom na dobre. A pośrednio też i polskiej informatyce. Bo co komu przyjdzie z takiego analityka czy projektanta systemów, który jedyne, co potrafi, to powielać istniejące wzorce, choćby i znał dziesiątki technologii?






Napisał Tomasz Kowalczyk w wtorek, 22 grudnia 2009 o 20:58
Cóż, trudno się nie zgodzić, jak zwykle same mądrości prawisz. ;] Sam fakt, że nawet do "klepania kodu" nie mamy wielkiego wyboru, bo jedni forsują Javę gdzie tylko się da, inni są zagorzałymi fanami Microsoftu, dzięki czemu .NET i pochodne to "całość informatyki", nie nastraja zbyt optymistycznie. A gdzie języki, w których trzeba się chwilę zastanowić, żeby cokolwiek napisać? Gdzie, choćby zwykły C++, w którym jak nie dostaniesz kilkanaście razy błędu SIGSEGV, to nie nauczysz się myśleć i rozumieć CO piszesz?
Kreatywność jest na polskich uczelniach po prostu zabijana, nikomu nie chce się zainwestować nawet paru minut w to, żeby chociaż zobaczyć, co student wymyślił, a wręcz traktuje się taką osobę jako wroga "estabilishmentu".