Miejscowość Piwniczna Zdrój w Pieninach. Jakieś pięć ulic na krzyż oraz zabudowa porozrzucana w lekkim nieładzie nad rzeką Poprad, dotkliwie odczuwalny brak płaszczyzn horyzontalnych (tj. poziomych :)). Wynajęty pokój był ładnie wyremontowany i pachniał świeżością - najbardziej komfortowy z dotychczas wynajętych. Niestety, prowadząca do niego droga bez trudu zostałaby gwiazdą jakiegoś filmu katastroficznego z samochodem w roli głównej. Wąsko, że dwa jadące z naprzeciwka samochody nie mają jak się wyminąć, nachylenie przynajmniej dziesięć stopni oraz oryginalna numeracja domostw, przy której nawet numery sal w moim liceum wyglądają na przepełnione logiką i sensem :). Integralną częścią naszego domu były dwa koty właścicielki przesiadujące od czasu do czasu w oknie.
W okolicy królową narciarskich szaleństw obecnie jest Wierchomla, jednak nie jeździliśmy tam. Preferujemy stare zagłębie, stację narciarską Sucha Dolina. Stoki są tam wprawdzie krótsze, a infrastruktura lekko trąci wiekiem, lecz nie ma tam tłoku, olbrzymich kolejek. Wszędzie panuje taka niemal rodzinna atmosfera. Niestety, także i tu bezmyślność i chyba egoizm górali spowodowały zamknięcie stojącego tam budynku z restauracją - powód ten sam, co w Zakopanem. Kłótnia.
Szusowało się na nartach bardzo przyjemnie. Wywrotkę miałem tylko jedną, w dodatku na płaskim odcinku, gdy chciałem bez kijków podjechać do wyciągu orczykowego, lecz mi się narty skrzyżowały. Ostatniego dnia (tj. wczoraj) dzięki znakomitej pogodzie zacząłem nawet skakać na nartach :). Po prostu bok stoku pokrywało pięć garbów. Jeżeli najechało się na nie z odpowiednią prędkością, wybijając jednocześnie podczas "wychodzenia z progu", można było nawet polecieć na odległość 4-5 metrów. Na oko udało mi się osiągnąć właśnie koło 3, 4, co zważywszy na moje doświadczenie w tej dyscyplinie należy uznać za całkiem niezły rezultat. Jedyną przykrą sprawą był fakt, że pierwszego dnia dopadła mnie moja najbardziej znienawidzona choroba - #$%#% katar. Już myślałem, że wreszcie uda mi się przeżyć zimę bez niego, a tu lipa. Teraz powoli leczę jego skutki. Zresztą, i tak jest lepiej, niż w roku 2005. Wtedy od grudnia do maja co miesiąc łapałem tę porąbaną chorobę, z powodu zdrowia nie pojechałem na ferie i ogólnie miałem takiego pecha, że aż szkoda słów. Na szczęście to już przeszłość. Z niecierpliwością oczekuję roku 2007, gdy według zapewnień rodziców, mam wreszcie dostać własne buty narciarskie. Zima może być pięka :).















Napisał zimaq w sobotę, 11 lutego 2006 o 09:37
Zima jest piękna bo jest pochodną zimaka ;)
Choć ta pogoda mogłaby się zdecydować, czy jest zimno i pada śnieg, czy nieco cieplej i ciapa.
Narty? E, ja tam preferuje 'jednoślad śnieżny' :)