W szkole, jak to w szkole. Dziś po raz drugi w przeciągu tygodnia zabrakło mi pół punktu na sprawdzianie do lepszej oceny. Pewna profesorka czatuje na mnie w Internecie, czy przypadkiem gdzieś nie podam jej nazwiska, a już nie daj Boże napiszę czegokolwiek na jej temat. Jeśli domyśli się, o kogo chodzi, to za ten tekst także się pewnie przyczepi, ale co tam. W innych przedmiotach zaczął się mój najgorszy koszmar: wkuwanie pamięciowe połączone z zerową logiką. Niemiecki - do środy mam umieć cztery strony słówek, zwłaszcza że już mało osób pozostało do odstrzału. Ratuje mnie jedynie (termin ocenzurowany) wycieczka do Krakowa; pierwsza, która dojdzie w tym roku do skutku. Mój pomysł okazał się niewypałem z powodu "lekkiego" roztrzepania co poniektórych osób w klasie, wariant alternatywny także został spisany na zagładę.
Kolejny punkt programu narzekań skieruję przeciwko dwóm instytucjom. Pierwsza z nich - moja szkoła - na wakacjach zrobiła mi apetyt, wystawiając mnie jako kandydata do prestiżowego Stypendium Ministra Edukacji Narodowej. Oczywiście wiadomość o tym dostałem na dzień przed ostatnim terminem wysłania wszystkich papierów, a że był to środek pierwszego wakacyjnego wyjazdu, to już inna sprawa. Oczywiście efekt był taki, że do dokumentacji poszło tylko to, co było pod ręką: PHP Solutions i zaświadczenie o olimpiadzie, podczas gdy mogły pójść jeszcze moje umowy o dzieło i temu podobne, gdybym tylko był w domu i miał czas na ich odszukanie. Dalej jakoś nie było o tym ani widu, ani słychu. Gdy się pytałem wychowawczynię w połowie września o konkrety, odparła, że w tej chwili nic nie wie, ale się zapyta. O tym, że stypendia zostały rozdane bez mojego udziału dnia 30 września, dowiedziałem się w praktyce kilka dni temu, przypadkowo trafiając na stronę edukacyjną u kolegi. Oczywiście moich papierów już pewnie nie ujrzę. Nawiasem mówiąc nie wiem, po co im taki mój dyplom z olimpiady. Handlują tym, czy co? Morał z tej historii jest następujący: nie powierzaj nauczycielom swojej dokumentacji, a jak startujesz do stypendium, dopilnuj wszystkiego osobiście.
W projektach różnie bywa. Open Power Board w zasadzie stoi, co nie powinno dziwić, zważywszy na zapał co poniektórych i niewywiązywanie się z dobrowolnie przyjętych do wykonania rzeczy. Projekty komercyjne jakoś tam idą, ale generalnie są już na dokończeniu. I dobrze, gdyż potrzeba mi od nich jakiegoś sporego urlopu, by móc więcej poświęcić na bezstresową, radosną twórczość oraz opracowanie lepszej technologii.
Na obrazek sytuacji dostawiam kolejną farbkę, mianowicie samych ludzi. Cóż, niby oni się uśmiechają, niby ja, niby jest wesoło, ale w moim odczuciu wszystko to jakieś takie niemrawe i szarawe, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że generalnie nie trzymam się ultrasilnie z jakąś wybraną paczką osób, co teraz trochę daje mi się we znaki. Mimo to nadziei nie tracę. Fortuna kołem się toczy. Jeśli teraz jest tragicznie, to niedługo będzie lepiej; jeśli najgorsze przede mną, to w sumie co za różnica, po której stronie katapulty stoję?






Napisał alienjr w sobotę, 22 października 2005 o 17:39
Taka już ta jesień jest :/