Fakt jest faktem, nauki jest w takiej sesji więcej, niż przed egzaminem maturalnym. Wynika to z dwóch przyczyn. Pierwsza, to wymagania wykładowców. Dla przykładu, egzamin z algebry składa się z części praktycznej oraz teoretycznej, w której trzeba udowadniać twierdzenia lub wyprowadzać definicje. Dodatkowo, każda z nich musi być zaliczona na 50%. Nie można rozwalić zadań i sobie "doładować" nimi braków w teorii. Inne przedmioty z kolei są tak prowadzone, że za bardzo nie wiadomo, jak do nich podejść. Tutaj posłużę się elektroniką za wzór. Z wykładów miłych wspomnień nie mam. Skrypt do nich - jedna wielka tragedia. Uczyć się z niego w ogóle nie dało. Jakakolwiek lista zagadnień do egzaminu nie istniała. I teraz pytanie: czego się uczyć, z czego się uczyć, jak się uczyć. Wykombinowałem tu pewien system; pozbierałem zagadnienia do laborek, wypisałem ze "skryptu" to, co tam znalazłem, do tego symulator elektroniczny do eksperymentów i jakoś to poszło.
Jeśli chodzi o oceny, to nie jest źle. Z żadnego przedmiotu nie grozi mi brak zaliczenia. Wprowadzenie do systemu Unix mam już za sobą z oceną końcową 5.0 zdobytą bez specjalnego wysiłku, czego się można akurat było spodziewać po regularnym użytkowniku Linuksa :). Laboratoria z elektroniki były nawet fajnie prowadzone i dzięki nieodkrytym tajemnym mocom udało mi się z tego wyciągnąć 4.5. Egzamin z tego przedmiotu miałem dzisiaj; w tym wypadku ucieszy mnie samo zaliczenie, bo do najłatwiejszych on nie należał. Laborek z elektrotechniki nie udało mi się zaliczyć w pierwszym podejściu. Sytuacja podobna, jak powyżej; za bardzo nie wiedziałem, z czego się przygotowywać. Wykłady sobie, laborki sobie i tak to się kręciło. Tym razem może już się uda; dowiem się w przyszłym tygodniu.
Z przedmiotów niewpisanych jeszcze w indeks... ćwiczenia z fizyki, dzięki niesłychanemu szczęściu do zadań na kolokwiach zaliczę z nawet niezłym, jak na mnie stopniem. Przykład z ostatniego kolokwium: relatywistyka, ruch harmoniczny, elektrostatyka. Dobrze umiałem pierwszy temat. Dostałem dwa zadania na prawo Gaussa i jedno na ruch harmoniczny. Wygląda na pierwszy rzut oka nieciekawie, ale tak nie jest. Rozwiązanie pierwszego zadania na prawo Gaussa czytałem dzień wcześniej, rozwiązanie drugiego - na ćwiczeniach z Pascala. Odtworzyłem je, dodatkowo napisałem to, co wiedziałem z harmonicznego i wyszło z tego wszystkiego 5.0. Szczęście też się przydaje na studiach :). Z przedmiotami stricte matematycznymi jest różnie. Z analizy przeleciałem zaledwie kilka punktów ponad progiem zaliczenia. Oba kolokwia zaliczone, ale zaledwie na nieco ponad połowę punktów każde. Natomiast z algebry przedstawia się sytuacja tak, że zaliczenie ćwiczeń mam niemal pewne. Czeka mnie jeszcze jedno kolokwium i egzamin, oczywiście, na które zaczynam właśnie przygotowania. Na zakończenie ostatni z ważniejszych przedmiotów, czyli Wstęp do informatyki. W grudniu ukazał się ranking całego roku, z którego wynikało, że jestem na dwudziestym trzecim miejscu ze stu sześćdziesięciu (update 18.01.2008: piętnastym miejscu). Przede mną jeszcze jedna kartkówka, kolokwium i egzamin, którym mam nadzieję zakończyć sesję, jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli. Generalnie na ćwiczeniach się specjalnie nie udzielam od czasu, gdy prowadzący nazwał mój algorytm bezsensownym, podczas gdy dla części zastosowań tzw. "wzorcówka" była równie bezsensowna. Jedyna różnica była, że mój miał mniejszą złożoność czasową kosztem pamięciowej, a tamten na odwrót. Inna sprawa, że i tak mam tych punktów dużo, a te połówki za każdą odpowiedź przydadzą się z pewnością innym, bardziej potrzebującym. Z tym przedmiotem mam o tyle łatwo, że znam Pascala, mam doświadczenie w programowaniu, interesuję się różnymi ogólnoinformatycznymi tematami, architekturą komputerów, czyli niemal wszystkim, co obejmuje program.
Sesję trzeba po prostu przeżyć. Nie ma co się załamywać słabymi wynikami, bo wszystko jest do zdania. Trzeba tylko poznać trochę swoje możliwości i wykorzystać je do uczenia się, aby nie marnować czasu na nieskuteczne głupoty. Chwila wytchnienia też się przydaje. Co prawda aktywność typowo programistyczną ograniczyłem ostatnio do niemal całkowitego zera, ale to dlatego, że w tych przerwach po prostu nie mam już w ogóle ochoty nic programować. Jak zaznaczałem we wstępie, włącza się jakąś gierkę na rozluźnienie lub Stargate :).







Napisał Kłeczek Marcin w czwartek, 17 stycznia 2008 o 20:28
ta piosenka to jeszcze nie tragedia :D jeden kumpel śpiewał drugiemu (mieszkali razem, ja przychodziłem do nich "na internet" w czasach, kiedy internet nie był łatwo osiągalny) "znowu w życiu mi nie wyszło..." :D