Rozgrywka toczyła się w dwóch częściach około 4, 5 godziny nad ranem, co przy chronicznym niedoborze snu zaowocowało dodatkowymi efektami ubocznymi, tzw. shizami. W pięcioosobowej drużynie był m.in. mechanik samochodowy z Detroit, któremu wydawało się, że jest kapitanem okrętu czy rycerz Archibald z Apallachii posiadający własnego rumaka. Ja grałem handlarza mięsem z Teksasu, który sprzedawał swój towar w Nowym Jorku, podróżując na dwugłowym byku. Moją chorobą specjalną były urojenia: bez brania leków moja postać zaczynała się zachowywać, jakby była Chuckiem Norrisem. Był też żołnierz z Posterunku. Los rzucił nas wszystkich do miasteczka w Arizonie (mi po prostu padł byk), do jakiejś zapyziałej knajpy. Wpadł do niej jakiś staruszek a'la księgowy i zaczął opowiadać, że niedaleko ukryta jest kraina, gdzie żyje się, jak przed wojną i chciałby, abyśmy pomogli mu się tam z osobistych względów dostać. Z racji pracy w handlu dałem swojej postaci dużą charyzmę, postanowiłem wtedy "błysnąć", co zakończyło się zakupem jednego piwa za 200 dolarów =D. W każdym razie wyszliśmy za staruszkiem, kierując się ku jego mieszkaniu.
Weszliśmy do wielkiego bloku. Nasz mechanik (notabene dziewczyna) został na zewnątrz, my weszliśmy do środka i po schodach na ostatnie piętro. Tam na łóżku staruszek pokazał nam jakąś dziewczynę mającą chyba anoreksję i wyjaśnił, iż to dla takiego właśnie powodu potrzebuje dostać się tam. W międzyczasie na dole zaczęli zbierać się gangersi, którzy podsłuchali mowę staruszka. Mechanik zaczął uciekać na górę, choć mało nie kosztowało go to życia, niemniej przynajmniej hałasem ostrzegł nas. Rozlokowani na szczycie klatki schodowej zdołaliśmy odeprzeć atak. Zainspirowany MacGyverem zablokowałem zardzewiałym wózkiem schody i zacząłem ostrzał, podobnie jak żołnierz. Archibald wykonał brawurowy skok z mieczem na atakujących, lecz niestety okrutnie się przez to poobijał. Mechaniczka, także chyba pozując na MacGyvera próbowała spuścić ze schodów regał na książki, lecz ten się rozleciał i wyłączył przez pierwsze pół walki. Ta zresztą stanowiła istne kuriozum. Napastnicy mieli jakiegoś pecha i jedynie lekko drasnęli JEDNĄ postać. Męskie charaktery zresztą też, gdyż połowę zabitych ubiła mechaniczka, strzelając z colta, bijąc nas, wyposażonych w strzelby, karabiny, noże, wśród tego żołnierza Posterunku (!!!).
Po przejażdżce samochodem wylądowaliśmy w innym mieście. W walce zdobyłem karabin, więc chciałem sprzedać strzelbę barmanowi, wraz z wiezionym mięsem, aby uzyskać kasę na powrót. Była to pierwsza udana transakcja. W międzyczasie znów napadli nas na ulicy gangersi i ta walka chyba była jeszcze bardziej porąbana od poprzedniej. Jeden z grających wystąpił na środek ulicy, jak w Westernie i uratowało go chyba tylko to, że odpaliłem nasze auto i puściłem je bez kierowcy prosto w napastników, co wprowadziło zamęt. Niestety! Przybył nasz Archibald, przeprowadzając brawurową szarżę z mieczem na koniu. Naprawdę, jakbym coś takiego w rzeczywistości zobaczył, chyba bym umarł. Ze śmiechu. Później dwaj pozostali członkowie drużyny pobiegli ścigać uciekających, ja ruszyłem w drugą stronę, zauważając brak staruszka i mechaniczki (pewnie poszli do tego miasta, którego szukaliśmy). Cóż, próbowała ona przedostać się przez mur ogradzający ziemie nieskażone (choć parę przecznic dalej była zwykła brama :)) za pomocą harpuna. Z czterech prób trzy skończyły się wystrzeleniem go pionowo w niebo i poranieniem się. Później w ruch poszedł dynamit... zjawiła się lokalna policja, która w innej części miasta ścigała także dwóch naszych wojowników za zabójstwo patrolu, który znalazł ich ze zwłokami napastników. Wzięto mnie jako świadka, po drodze zgarnięto tamtych. Żeby było śmieszniej, na komendzie wsypali mnie, ostatnią deskę ratunku i w ten oto sposób zakończyliśmy całą partię, lądując w więzieniu.
W tej chwili myślę nad zakupem zestawu różnościennych kostek i wyborem jakiegoś systemu gry, aby móc wszystko rozkręcać w Stalowej Woli. W przyszłości pewnie przystosuję do RPG także Yermenię, co z pewnością zaowocuje przyspieszeniem prac nad tym światem.















Napisał Vee w wtorek, 4 lipca 2006 o 22:22
Ja jakoś nie kumam takiego "Grania" :/