Tam też ich nie było. Umysł podsunął kolejną wskazówkę: dwa dni po przyjeździe, już po konferencji, siedziałem w szkole na korytarzu i uzupełniałem te rozliczenia o koszty biletów. Jednocześnie zacząłem szukać dalej. Profesorka zjawiła się znowu i powiedziała, że wystarczy, jak przyniosę do sekretariatu bilety. Tak też zrobiłem.
Pod koniec zeszłego tygodnia profesorka stwierdziła, że podda mnie dekapitacji za niedostarczenie rozliczeń. Nieco się wkurzyłem na sekretariat, bo przecież przyniosłem im wszystko, co trzeba. Bilety się odnalazły i dziś dostałem kserokopie czystych rozliczeń, bym na nowo wpisał tam dane, już pal sześć że bez pieczątki. Wypełniłem wszystko, zaniosłem do sekretariatu i jednocześnie podzieliłem się z pracującymi tam paniami, że przecież ja to po przyjeździe wypełniałem w szkole i nawet pamiętam, że dostarczyłem oryginalne dokumenty. Sekretarka zaczyna szukać w oficjalnym notesie - faktycznie, dokumentów tam nie ma, ale twardo obstawałem przy swoim, więc sięgnęła głębiej w czeluście biurka. Wygrzebała jakąś inną teczkę, otworzyła i proszę. Na samym wierzchu leży pięć czerwonych karteczek podpisanych naszymi nazwiskami, z podbitymi pieczątkami, wykazem kosztów oraz całą resztą formalności. Grunt to porządek :).















Napisał Ja_Brzoza w wtorek, 30 stycznia 2007 o 21:34
grunt to podstawa!