Po bliższych oględzinach okazało się, że wydarzenie jednak wcale takie ważne nie było, a zawierucha... no dobra, to akurat prawda; kanony literackie lubią też czasem bez powodu podkreślać dramaturgią wydarzenia może i głupie, ale w każdym razie skłaniające do myślenia. Wędrowaliśmy sobie właśnie w takiej pogodzie z wieczornych zajęć do mieszkania i usłyszałem, że niby jestem w czepku urodzony, co mnie lekko zdumiało. Prosto licząc, gdyby okoliczności były bardziej sprzyjające, strach pomyśleć, gdzie byłbym dzisiaj. Faktycznie, są dziedziny, w których fart zdarza się częściej, niż powinien, ale w innych proporcja przesuwa się w drugą stronę i razem się to równoważy. Nawiasem mówiąc, nie lubię określenia "pech" z jednego prostego powodu: to, co na dzień dzisiejszy wydaje się pechem, z perspektywy czasu może okazać się zbawienne. Wolę więc wstrzymać się z jednoznaczną oceną i rzec: "miałem dziś głupie szczęście". Takiego przykładu nie trzeba daleko szukać. Olimpiada Informatyczna z początku roku - nie dostałem się do finału, co bez względu na stopień realistycznego podejścia do własnych umiejętności, musi pozostawić pewien niedosyt. Z dzisiejszej perspektywy niezwykle się cieszę, że odpadłem na drugim etapie. Znając siebie, gdybym został finalistą, nie przykładałbym się specjalnie do matury z matematyki i wszystkie braki uwidoczniłyby się na studiach, a tak to zawsze coś w głowie zostaje nawet pomimo tego, że 5 miesięcy luzu robi swoje :).
Zatem pech w umiarkowanych ilościach wcale nie musi być zły. Nie możemy tego tak szybko sklasyfikować, gdyż nie znamy przyszłości. Dopiero upływ czasu pozwala spojrzeć na to z nowej perspektywy.















Napisał npb w poniedziałek, 26 listopada 2007 o 22:09
Hehe :-) Też się nie dostałem do finału OI. Ja jednak trochę żałuje.. Bo nie dostałem się na wybraną uczelnie i czeka mnie przeprowadzka i w ogóle nie miłe sprawy.