Egzamin w zasadzie zaczynał się o 11.00, lecz na miejscu byliśmy już paręnaście minut po dziesiątej. Wolny czas wykorzystaliśmy na zrobienie zakupów i mały posiłek. Gdy wybiła właściwa godzina, wraz z grupką innych ludzi wszedłem do sali nr 2, gdzie sprawdzono obecność i powiedziano, by się przygotować, bo ze trzy osoby zostaną wyczytane niemal od razu. Była to prawda, aczkolwiek ja się w tym limicie nie zmieściłem - ostatecznie moje nazwisko wyczytano krótko przed 11.30.
Mój egzaminator okazał się lubić coś w rodzaju wojskowego drylu; wydawane polecenia miały w zasadzie znamiona rozkazów, ale na szczęście, jak się później okazało, był w miarę wyrozumiały. Zadanie pierwsze: obsługa techniczna. Miałem małą wpadkę ze światłem cofania, ale sobie przypomniałem, jak je się włącza. Następnie przygotowanie się do drogi i jazda po łuku - element, na którym oblałem za drugim razem. Nauczony doświadczeniem, ćwiczyłem go w sobotę przez chyba pół godziny i przełożyło się to na rezultat. Ruszanie z ręcznego - formalność. Plac był skończony, egzaminator nakazał wyjazd na miasto, przy okazji objaśniając, jakie manewry będę mu musiał tam zademonstrować. Ominęło mnie zawracanie na trzy, zamiast tego dostałem zawracanie z użyciem wstecznego (ćwiczone dzień wcześniej). Wyjazd na poważniejszą ulicę; ruszanie - element skopany w pierwszym egzaminie, funkcjonuje bez zarzutu. Zresztą, ciężko się było spodziewać czegoś innego, skoro szlifowałem je przez prawie dwa miesiące to na wykupionych dodatkowych lekcjach, to jeżdżąc sobie w weekendy po parkingu Huty Stalowa Wola :).
Zegar odmierzał kolejne minuty. 11.40, 11.50... w stanie najwyższego skupienia przejeżdżałem kolejne skrzyżowania. W pewnym momencie usłyszałem, że wykonałem nieprawidłowo zmianę pasa ruchu (zjazd na pas do skręcania w lewo przed skrzyżowaniem) - jak się później okazało, nie spojrzałem wtedy w lusterko. Taki pas to jednak nie tak duża pomyłka, a znając siebie, pewnie już nigdy jej nie popełnię* :). Zajeżdżamy na jakieś brukowane drożyny, tam miałem wykonać parkowanie równoległe, które musiałem improwizować, bo ćwiczyłem je może ze trzy razy we wrześniu. Przeszkadzała mi jedynie wąskość drogi; przy pierwszej próbie cofania przednie koło dotknęło krawężnika i musiałem skorygować skręt, w sensie mniej ostrego wjazdu. Ostatecznie stanąłem nieco koślawo, ale podjechałem do przodu i było OK. Następnei wyjazd z jednokierunkowej i poruszamy się dalej.
Godzina 12.08, minęło już ponad pół godziny od wyjechania z WORD-u. Czułem, że ocena pozytywna jest coraz bliżej, zwłaszcza, że jechaliśmy już w pobliżu ośrodka. Tu czekał mnie wyjazd na drogę główną. Z przeciwnej strony jedzie jakaś babka, lecz dojeżdża do skrzyżowania, jakby za bardzo nie wiedziała, co zamierza na nim zrobić. Zatrzymała się, dopiero wrzuciła kierunkowskaz, zaczęła coś tam podjeżdżać. Znalazłem się między młotem a kowadłem - z jednej strony droga wolna do jazdy, z drugiej niezdecydowana kierowczyni. Spodziewałem się, że jeśli ruszę, może mi to zostać poczytane za wymuszenie, ale zaryzykowałem. Egzaminator powiedział mi, że w sumie mógłbym się zatrzymać i poczekać, ale nie przerwał mojej jazdy. Skręciliśmy w boczną uliczkę, tam wykonałem ostatni manewr: hamowanie. Wykonałem go i pytam: "Czy to już wszystkie manewry?" W odpowiedzi usłyszałem: "Zobaczymy". Ale wszystko przemawiało za tym, że mi się uda. Byliśmy już prawie koło ośrodka, godzina 12.10, co jeszcze mógłbym robić? Jeszcze jedno skrzyżowanko z pierwszeństwem, na którym mi się jakiś facet zatrzymał i musiałem wyczyniać cuda, aby przejechać obok niego, ale w tym wypadku przepisy ruchu były po mojej stronie :). Brama WORD-u. "Teraz skręć w lewo i zaparkuj tam tyłem przy pierwszej Corsie." Dojechałem samodzielnie, chyba się udało; wiadomość ta jeszcze nie do końca docierała do mnie. Silnik zgasł, egzaminator pyta się, czy zauważyłem, jakie popełniłem błędy. Tu dowiedziałem się o tym lusterku, natomiast sytuację z "wymuszeniem" mu wyjaśniłem, jak wyglądała z mojego punktu widzenia. Wprawdzie tam pomarudził, że mogłem się zatrzymać, ale ostatecznie wypowiedział te z dawna wyczekiwane słowa: "No, dużo rozwagi i rozsądku na drodze. Egzamin oceniam... pozytywnie."
A abstrahując od samego egzaminu; to, że zdałem, nie oznacza jeszcze, że już jestem super-hiper ekstra kierowcą. Patrząc na zatrważające statystyki wypadkowości wśród młodych ludzi wiem, że czeka mnie jeszcze trochę pracy, aby ostatecznie nabyte umiejętności się utrwaliły oraz żeby przyszła ta jakże potrzebna rzecz: doświadczenie, pełne opanowanie i wyczucie. Wiem jedno; na pewno nie będę szarżować, zachowywać się jak Kozak itd. O wiele ważniejsze jest dotarcie do celu w jednym kawałku, aniżeli zwiększanie religijności u reszty uczestników ruchu, jak to miało miejsce w dowcipie o kierowcy autobusu u bram nieba :). Życzę powodzenia tym, którzy egzamin mają jeszcze przed sobą; pamiętajcie - dobre nastawienie i koncentracja to połowa sukcesu.















Napisał Diablos w wtorek, 5 grudnia 2006 o 15:46
Gratulacje.
Mnie egzaminator w nagrode odwiozł do domu ;p
Btw. dopiero teraz tak naprawde zaczniesz uczyc sie jezdzic ;D