Scenka pierwsza: pogoda była okrutna, więc wybraliśmy się na zwiedzanie muzeów w Mikulaszu. Wchodząc do muzeum przyrodniczego, zauważyłem jakieś pięć polskich samochodów (zapewne jakaś rodzinka) parkujących na chodniku wzdłuż ulicy, choć stał tam znak zakazu parkowania. Dziesięć minut później podczas oglądania eksponatów, usłyszałem ryk alarmów z zewnątrz. Wyglądam przez okno, a tam słowaccy policjanci podchodzą kolejno do tych samochodów, wypisują mandacik i zakładają blokady na koła. Spoglądam wyżej, a tam na budynku wielki napis: "POLÍCIA" :). Obok mnie wyglądała też jakaś miejscowa para, która skwitowała to dwoma krótkimi słowami: "Ech, Poliacy".
Kolejna scenka miała miejsce w 2003 roku w parku wodnym Tatralandia, a konkretniej w kolejce do kasy. Paru naszych rodaków wyczytało, że wycieczki mają jakieś zniżki na wstęp, więc natychmiast odnaleźli w kolejce tylu Polaków, ile się dało (czort, że się nawzajem nie znali), a następnie w kasie powiedzieli, że są wycieczką. Tak, zaradność to z pewnością nasza mocna strona. Szkoda tylko, że przy okazji mocno zahacza ona o cwaniactwo i oszustwo.















Napisał Gilmar/mzweb w sobotę, 25 lutego 2006 o 14:05
Widzę, że mamy podobne spostrzeżenia na temat Polaków za granicą, bo podobne sceny mają miejsce w wielu krajach.
Na Słowacji byłem raz. Wakacje roku 2005. Byłem i w Tatralandi i w Besenowej (jeśli chodzi o baseny). Byłem też w Liptowskim Mikulaszu i w kilku innych miastach i wsiach. Bardzo cikawe, że tam Polskie chamstwo nie dotarło jeszcze wszędzie. Bo u nas, jak jest telefon to za 2-3 dni go nie ma a tam... przykład jest tutaj . Słowacy w wielu sprawach nas przewyższają, ale zazwyczaj mini bitwy o to kto był w pierwszy kolejce wywołują Polacy... Przykre, ale prawdziwe.