Pierwsze trzy godziny to poszukiwania stosownego sprzętu. W południe poszedłem sobie do okolicznego supermarketu zintegrowanego z paroma sklepami, ale komputerowy był zamknięty. W drodze powrotnej znalazłem inny i tam w parę minut dostałem komplet 11+14 metrów. Gorzej było z przedłużaczem - jedyne przedpokojowe gniazdko zostało ulokowane po drugiej stronie ściany i jedyna droga dla przedłużacza prowadziła pod dywanem, co nie wchodziło w rachubę. W jednym z pokojów znalazłem nieużywane gniazdko, od którego dało się pociągnąć zasilanie pod meblami i dolnym rogiem drzwi. Po zmierzeniu wyszło mi ok. 5,5 metra niezbędnego przewodu i z tym był problem. We wspomnianym już supermarkecie facet miał jedynie przedłużacze 2, 3, 5 i 10 metrów. W hurtowni elektrycznej na osiedlu o takim wynalazku nawet nie słyszeli. Nie było innej rady, jak pojechać do Saturna w Galerii Krakowskiej, gdzie udało się wygrzebać 7 metrów. Łącznie poszukiwania zajęły mi prawie 3 godziny; montaż zajął resztę. Musiałem wepchnąć dwa kabelki pod ciężką szafę, co wiązało się ze zdjęciem z niej równie ciężkiego mega-monitora. Do mojego pokoju wprawdzie wiódł już kabel, ale odkryłem, że w jednym miejscu ma pękniętą zewnętrzną izolację. Ponadto z jednym kablem i bez switcha nie będę miał jak podłączyć niedługo kompa eksperymentalnego. Ostatecznie stary zostawiłem właśnie dla niego, a stanowisko pracy otrzymało nowiutkie połączenie ze światem, choć wymagało to wywrócenia połowy przedpokoju do góry nogami (tak to jest, jak dywan jest ściśle dopasowany do kształtu pomieszczenia). Poprawek wymagają już tylko niewielkie duperele, jak zastąpienie mocowań z taśmy klejącej uchwytami z prawdziwego zdarzenia, ale poza tym wszystko działa.
Biorąc pod uwagę zbliżający się zakup drugiego biurka oraz dowiezienie z domu jeszcze kilku drobiazgów pokroju keyboardu, pozostała część tygodnia zapowiada się równie ciekawie. Aż ciężko mi uwierzyć, że od legendarnych studiów, które wybrałem sobie ponad sześć lat temu, dzieli mnie tylko tydzień.















Napisał Marcin Kłeczek w poniedziałek, 24 września 2007 o 21:27
Gratuluje realizacji marzeń. Pamiętam jak ja zaczynałem - 7dem lat temu. Nie miałem tak prosto, bo jadąc na studia (dzień "przed") nie wiedziałem nawet, czy będę miał gdzie mieszkać... ale to już było.
Dziadek ;-)