Początkowo nie zwracałem na nich uwagi, zaaferowany mocno dostrzeżoną możliwością uzyskania rabatu, lecz gdy już ochłonąłem i przerachowałem wszystko, z nudów obserwowałem całą stojącą przede mną ekipę. Intrygowało mnie, ile można składać zamówienie w pizzerii, której obsługa zna angielski. Gdy zbliżyłem się do kasy, mogłem usłyszeć ich styl składania zamówień.
- One small margheritta, two 7ups and two Pepsi.
- One small marghertitta, but without oregano, three Fantas and a mineral water, please.
- One medium capriciosa, three Pepsi.
Nie wiedzieć czemu, pomyślałem o nich sobie bardzo nieprzyjemne rzeczy w kontekście nieużywania procesorów wektorowych (ach, ta informatyka) i tak rażącym braku sammorganizacji utrudniającym życie i obsłudze, i innym klientom. Ale cóż, przyszła moja kolej, złożyłem zamówienie i wróciłem do stolika. W trakcie oczekiwania na posiłek, a później jego jedzenia, specjalnie na całe towarzystwo nie zwracaliśmy uwagi. Jednak w końcu zaczęło ono się szykować do wyjścia - charakterystyczne szuranie krzesłami, efekty rozpraszania dźwięku przy wychodzeniu z pomieszczenia... odwróciłem się tak sobie, spodziewając się, jako cywilizowany człowiek, pustych i poskładanych jako tako talerzy. Rzeczywistość była "nieco" inna. Talerze były, ale walały się na nich pokaźne porcje pizzy, w większości ledwo ruszonej: brak jednego, dwóch kawałków, lub wręcz ze śladami zaledwie kilku kęsów. Jedna pizza miała wyjedzony jedynie środek, z pozostawioną obwódką. Całości dopełniała ogromna masa butelek po napojach, również niedopitych; w niektórych było wciąż sporo picia.
...
Wspomniane pobojowisko było dla nas takim szokiem, że rozmawialiśmy o nim jeszcze w tramwaju. Przez chwilę mieliśmy nawet zamiar wziąć sobie jedną nietkniętą pizzę, zbulwersowani całym marnotrawstwem, ale z drugiej strony po naszym posiłku sami nie dalibyśmy jej rady. Przynajmniej co poniektórzy Polacy mogą odetchnąć z ulgą - prostacy trafiają się nawet w daleko bardziej rozwiniętych krajach. Oto, co się dzieje, gdy ktoś ma za dużo kasy, a jego percepcja kończy się na czubku własnego nosa. Pieniądze, zabawa i rozrywka - smutne jest to, że osoby wyznające ten kult same krytykują polityków, księży i wszystkich wpływowych ludzi wokół, którzy postępują dokładnie według tego samego schematu. A smutniejsze - że takich ludzi jest coraz więcej; bez wartości, bez zasad i elementarnego wyczucia smaku.
Nawiasem mówiąc później przyszła mi do głowy jeszcze jedna myśl. Z kupowaniem zbyt dużej ilości jedzenia w stosunku do możliwości prawdopodobnie boryka się dużo osób; również mi się do zdarza i bynajmniej mnie to nie cieszy. Niejeden raz zamarłem już nad jakąś półką w supermarkecie, zastanawiając się, czemu producenci robią tak ogromne cholerstwa, których jedna osoba nie jest po prostu w stanie skonsumować. Bez przesady - ile dni z rzędu można jeść ten sam obiad albo to samo śniadanie, by zdążyć wszystko spożyć, zanim się zepsuje? Przecież taka monotonia się prędzej czy później odbije na zdrowiu. Szacunek do posiłków jakiś mam i nawet widzę rozwiązanie. Mieszkając we trójkę, można przecież dogadać się odpowiednio i poszerzyć gamę produktów spożywczych kupowanych na spółkę, tudzież robienia wspólnych obiadów. Przy odrobinie dobrej woli wyjście znajdzie się zawsze.






Napisał Ivo w niedzielę, 12 października 2008 o 14:12
No niestety. Czytałem jakiś czas temu informacje o wyrzucanych w Chińskich restauracjach "resztkach" którymi spokojnie możnaby wykarmić obywateli kilku głodujących państw. Od bodajże października ludzkość żyje na kredyt spożywając więcej, niż jest w stanie Ziemia wyprodukować w skali roku. Głupota nie zna granic co widać zwłaszcza przy okazji świąt. Sam staram się kupować minimalne (na 3-4 dni) ilości jedzenia bo niestety szybko, zwłaszcza wędliny, tracą smak. Jeśli ewentualnie coś zostaje to mają z tego pożytek jeszcze podwórkowe koty czy gołębie. I naprawdę da się w ten sposób efektywnie żyć - efektywnie bo i też portfel przy okazji odczuwa różnicę.
Szkoda że np. w szkołach nie uczy się małych dzieci jak oszczedzać czy to wodę, czy żywność.