Tematem tym zainteresowałem się przy okazji którejś z lekcji przysposobienia obronnego w szkole. Poszperawszy w Internecie, znalazłem kilka ciekawostek o tym, jak wykorzystać przedmioty z własnych domów do skonstruowania narzędzi zagłady.
Oczywistym jest, że na przestrzeni dziejów nie zawsze ludzie mieli dostęp do profesjonalnych narzędzi obrony i musieli korzystać z tego, co znaleźli na miejscu. Przez antyk i średniowiecze w powszechnym użyciu były zwyczajne kije. Stosowano je w obrębie murów miejskich, albo w miejscach, gdzie nie powinno dochodzić do rozlewu krwi (kościoły). Ich niewątpliwą zaletą jest prostota budowy. Bierzemy odpowiednio długi i mocny kawałek drewna, ostrugujemy go nieco i gotowe. Możemy naparzać, ile wlezie. Na Dalekim Wschodzie sztuki walki z użyciem kija do perfekcji doprowadzili tamtejsi mnisi tak, że obecnie walka z jego pomocą traktowana jest jako coś oczywistego (wystarczy obejrzeć pierwszy lepszy amerykański film z Chińczykiem w roli głównej).
Podobne do kija pochodzenie ma nunchaku, czyli... dwa kije połączone pierwotnie końskim włosiem. W sumie wszyscy wiedzą, co to jest, lecz mało kto pamięta, że pierwotnie nunchaku służyło do... młócenia zboża. Zmieniła to okupacja Okinawy jakieś 360 lat temu. Agresor zakazał posiadania mieszkańcom jakiejkolwiek broni, więc pozostało im tylko własne ciało oraz narzędzia używane do pracy w polu. Nunchaku było jednym z nich. Ludzie nieznający tamtejszych technik walki najczęściej brali je za jakiś rytualny przedmiot lub zwyczajną zabawkę dla dzieci.
Stosunkowo nietrudno jest trafić w Internecie na przepisy napalmu czy czarnego prochu. Nieco trudniejsze, ale także możliwe, jest odnalezienie sposobu wykonania termitu. Jest to substancja palna o temperaturze zapłonu ok. 700̇ºC, a dającej podczas spalania jakieś 3000ºC. Aby ją wykonać, potrzebny jest tlenek żelaza (rdza) oraz glin (np. w aluminium). Mieszamy ich opiłki w stosunku 1:2 albo 3:8, w zależności od źródeł informacji. Zapałką jednak czegoś takiego za Chiny nie podpalimy, gdyż nie uzyskamy wystarczająco dużej temperatury. Dlatego do mieszanki dodaje się magnez, który inicjuje reakcję. W ostateczności można posłużyć się żarówką 3-9V bez szklanej bańki oraz odpowiednio mocną baterią.
Pomysły na broń mogą być rozmaite. Nie mogę teraz odnaleźć dokładnego miejsca lokalizacji, ale w 2003 roku na jakimś zjeździe pirotechnicznym pokazana została niezwykle pomysłowa konstrukcja. Ładunek wybuchowy podłączono do świateł stopu w ciężarówce. Kiedy ruszała, nic się nie działo, ale wystarczyło spróbować ją zatrzymać, by spowodować eksplozję.
Choć w pirotechnikę osobiście się nie bawiłem, jakiś rok temu wynalazłem pistolet pneumatyczny zbudowany z... pompki do roweru. Zaczęło się niewinnie od lekcji matematyki, na której bawiłem się znalezioną w plecaku pompką. Przypadkowo chwyciłem ją tak, jak trzyma się długopis, co bardzo mi się spodobało. Pożyczyłem taśmę, dokleiłem długopis i pisałem tym cudem przez cały dzień. Na przerwie kolega wziął pompkę, po czym zaczął udawać, że z niej strzela. To była eureka.
W domu wszystko potoczyło się niezwykle szybko. Obudowa długopisu Pentel na lufę, gumowy wąż zrobiony ze skakanki przenoszący powietrze z końcówki pompki do lufy, mnóstwo taśmy i gotowe. Początkowo strzelaliśmy ze zwyczajnych papierowych kulek, ale pistolet po pewnym czasie się zatkał, długopis wylał i całość trzeba było zmontować od nowa. Za drugim razem za pociski posłużyły waciki do uszu (szczególnie te podpalane :)), lecz również ten patent próby czasu nie przetrwał. We wrześniu pompkę dorwał eXtreme przy okazji odkrycia uroków taśmy izolacyjnej. Porobił tam nieco przy tym, wyeliminował nieszczelności i ze zdumieniem odkryłem, że moc strzału została zwiększona. Poszedłem dalej tym tropem, zdemontowałem wszystko, kupiłem nową taśmę: klejącą, grubą dwustronną oraz izolacyjną. Uszczelnione zostało dosłownie wszystko. Do strzelania używałem specjalnie przygotowanych wacików do uszu: z jednej strony nie było waty, lecz... gwóźdź. Jak myślicie, z jaką siłą strzelał pistolet? OK... koledze udało się raz wbić nim pocisk w ścianę, i to nie żadną działową. W domu też nieco swoją podziurawiłem, ale szybko zacząłem ją osłaniać kocami i innymi. Pocisk bez trudu przebija 0,5 cm tekturę, kilkanaście stron książki/podręcznika oraz cienką metalową blachę. Tę moc zawdzięczamy dobremu uszczelnieniu i ciśnieniu, jakie powstaje w lufie podczas gwałtownego popchnięcia dźwigni pompki.
W załącznikach znajdują się dwa zdjęcia mojej konstrukcji oraz schemat. Oto mały opis, co i jak:
- Potrzebujemy: pompkę do roweru, taśmy: klejącą, izolacyjną, grubą dwustronną, gumowy wąż, obudowę długopisu Pentel, jakąś krótką tubkę pasującą do Pentela.
- Ucinamy zamknięty koniec długopisu oraz tubki i oba te elementy łączymy ze sobą. Sprawdzamy, w który koniec tubki lepiej pasuje wąż i tę wystawiamy na zewnątrz.
- Sprawdzamy, jak lufa prezentuje się na pompce i dobieramy do tej pozycji długość węża.
- Wąż musi być na tyle cienki, aby zmieścił się w wylot pompki. Ewentualne szczeliny uszczelniamy grubo tam taśmami.
- Drugi koniec węża wkładamy do tubki, także uszczelniając to miejsce.
- Uszczelniamy tak grubo, jak to możliwe, połączenie tubki i długopisu oraz tych dwóch dziurek po bokach każdego Pentela.
- Zatykamy palcem wylot lufy i testujemy szczelność. Jeżeli czujemy, że powietrze ucieka na połączeniach, dodajemy więcej taśmy.
- Z taśmy dwustronnej wykonujemy podkładki regulujące wysokość lufy. Umieszczamy je na pompce, przyklejamy całą lufę, a wszystko dodatkowo owijamy zwykłą taśmą. Jeśli wszystko poszło dobrze, broń jest gotowa.
Do wykonania pocisku potrzebny jest wacik do uszu oraz niewielki gwoździk (np. do przybijania listew). Zdejmujemy watę z jednej strony i próbujemy wepchnąć gwóźdź główką do otworu w patyku. Konstrukcja ta niestety ma słabą żywotność. Patyk wacika jest wykonany najczęściej z lipnego plastiku, który już po paru silniejszych strzałach może zwyczajnie pęknąć. Zdarzało mi się również całkowite "wbicie" gwoździa do środka patyka.
Cóż, to już koniec. Życzę powodzenia w strzelaniu i udanych konstrukcji!















Napisał Sabistik w sobotę, 21 stycznia 2006 o 13:45
Ty to masz pomysly ;) hyhy