Szkoła: Jak każdy nieprzyzwoity człowiek, chodzę do szkoły, a konkretniej do Liceum Ogólnokształcącego im. Komisji Edukacji Narodowej w Stalowej Woli. Jak każdy przyzwoity człowiek, dzielę się moimi przemyśleniami dotyczącymi szkoły.
Szkoła: Jak każdy nieprzyzwoity człowiek, chodzę do szkoły, a konkretniej do Liceum Ogólnokształcącego im. Komisji Edukacji Narodowej w Stalowej Woli. Jak każdy przyzwoity człowiek, dzielę się moimi przemyśleniami dotyczącymi szkoły.
Dzień ten zbliżał się powoli, ale im było do niego bliżej, tym bardziej czas zaczął jakby przyspieszać. Tak, moja studniówka będzie mieć miejsce już jutro. W LO im. KEN bale te organizowane są zawsze w budynku szkoły. Liceum liczy tyle oddziałów, że znalezienie tak dużego lokalu jest praktycznie niemożliwe. Aby zapewnić sobie wyjątkową atmosferę, trzecioklasiści ozdabiają całą szkołę dekoracjami wprost nie z tej ziemi.
Wierzcie lub nie, ale epopeja pt. "Diversity 2006" ciągnie się do dzisiaj. Dokładniej chodzi o rozliczenie kosztów wyjazdu z naszą macierzystą szkołą. Na początku grudnia przyszła do mnie prof. Garbulińska i poprosiła, bym przyniósł rozliczenie delegacji do końca roku, bo w sekretariacie tego potrzebują. Przejrzałem w domu 5 kg makulatury i znalazłem wszystkie papiery z konkursu, za wyjątkiem rozliczeń, rzecz jasna. Wtedy przypomniałem sobie, do jakiej książki je miałem włożone tuż po przyjeździe.
Wczoraj wieczorem pierwszy z trzech serwerów pojechał na miejsce swego doczesnego spoczynku, mieszczące się w pracowni informatycznej jednej ze stalowowolskich podstawówek. Dziś jednak nie będzie o tym, jak to wszystko konfigurowaliśmy na mniejscu, ani że przyczyną naszych miesięcznych niepowodzeń z Sambą była pomylona nazwa dyrektywy, ale o wrażeniu, jakie wywarła na mnie tamtejsza pracownia.
Rzeczą, która bardzo mi się w moim liceum podoba, jest to, iż w zasadzie każdy, kto znajdzie się z jakiegokolwiek powodu w trudnej sytuacji, może liczyć na różne formy pomocy. Nieszczęścia chodzą niestety po ludziach i taka świadomość, że społeczność uczniowska sama z siebie wychodzi z konkretnymi inicjatywami, bywa niezwykle budująca. Ostatnio u jednego z uczniów klasy drugiej, Krystiana, zdiagnozowano guz mózgu - leczenia nie refunduje oczywiście NFZ, a przeciętnej rodziny nie stać na poniesienie jego kosztów. Liczy się więc każde wsparcie i szkoła postarała się pomóc, na ile to tylko możliwe. Zbiórki do puszek, sprzedaż soku domowej roboty oraz wzbudzająca zapewne największe emocje - licytacja "enek".
Dzisiaj poznałem wyniki próbnej matury z matematyki (poziom rozszerzony) pisanej w piątek w zeszłym tygodniu. Cóż, jestem po prostu zawiedziony, bo wypadła słabo w stosunku do moich możliwości i aspiracji. 54% - nie wiem, czy jest się z czego cieszyć. Fakt, potraktowałem to jako swoisty benchmark i poszedłem tam bez przygotowania, ale teraz wiem, że bez trudu mogłem rozwiązać wtedy nieco więcej.
Niczym legendarne trąby jerychońskie, ogromny, przeszywający grozą huk znów wstrząsnął murami pierwszego liceum Stalowej Woli. Gdyby usłyszeć go samotnie, miałoby się wrażenie, że prawie sześćdziesięcioletni budynek trzęsie się w posadach, ale tłum tysiąca uczniów w jakiś znany tylko sobie sposób rewelacyjnie go zagłuszał. Woźny Ryszard musi się bardziej postarać, pomyślał Zyx. Niby taka potężna syrena, a byle zbiorowisko ludzi generuje większy hałas. Fakt ten intrygował go od pierwszych dni w tej szkole; liczył, że prof. Szymonik na lekcjach fizyki zdradzi mu, na czym to wszystko polega, ale nic z tego. Zajmowali się rozwiązywaniem jakichś bzdetnych zadań w stylu "Z wieżowca o wysokości h=300 m zrzucono procesory AMD Athlon XP i Intel Pentium IV. Który z nich w krótszym czasie spowoduje wygenerowanie dziury w chodniku na dole i jak duży krater zostanie po upadku?"
Rok szkolny właściwie dobiegł dla mnie końca. Pozostało jeszcze tylko oddanie książek do biblioteki, załatwienie formalności, wyjazd na finał Diversity i odebranie świadectw. Drugą klasę mogę uznać za udaną. Jednym wyjazdem na warsztaty matematyczne poznałem kupę fajnych ludzi (pozdrawiam!), zmierzyłem się z kilkoma konkursami, odnosząc trochę sukcesów, po raz pierwszy od pierwszej klasy podstawówki nie zdobyłem ani jednej jedynki (ech, te braki zadań :)), a na moje świadectwo po rocznej przerwie z powrotem powróci pasek.
Dziewięć legalnych dni wolnego w czasie roku szkolnego w porze ciepłej jest marzeniem niejednego ucznia. Uczniowie pierwszych i drugich klas liceum kończą właśnie tak długi weekend, dający przedsmak powoli zbliżających się wakacji. Mi również ten urlop bardzo dobrze zrobił. Oprócz opisywanej ostatnio wyprawy rowerowej, odwiedziłem także Kazimierz Dolny, gdzie popisałem się brawurowym pomyleniem ogórka z zieloną papryką chilli (była ostra jazda :)). Pogoda dopisała, lecz trzeba teraz jakoś wbić się z powrotem we właściwy rytm.
Pora przystąpić do podsumowania dnia otwartego. Siedziałem w szkole od 8.00 do samego końca, robiąc dziesiątki rzeczy. Stoisko SzOK cieszyło się większą popularnością, niż rok temu i to należy do niewątpliwych plusów. Zauważyłem, że im mniej licealistów trzymało przy nim wartę, tym chętniej podchodzili gimnazjaliści (i dlatego trochę się baliśmy zostawiać je na pastwę losu :)). Praktycznie, gdy stałem przy nim sam, natychmiast po odprawieniu jednych zainteresowanych po poradę przychodził inny.
Jutro o 10.00 w mojej szkole rozpocznie się dzień otwarty. Jako że brałem aktywny udział w jego przygotowaniu, wciąż się nie mogę nadziwić, ile to stresu i nerwów, by to wszystko złożyć do kupy. Ciągle uaktualniane harmonogramy, próby, problemy, które trzeba przezwyciężyć - tak, to potrafi dać w kość. Szczególnie podczas deadline'u. Wczoraj np. opuściłem połowę lekcji, by nadzorować drukowanie ulotek mojego pomysłu tylko po to, by się na końcu zorientować, że pojedyncze litery zniknęły za marginesem drukarki. Ot, typowe prawa Murphy'ego :).