Sport: to zdrowie, jak mawiają. I chyba mają rację. Jazda na rowerze + pływanie + chodzenie po górach + turlanie się z góry w pokrzywy to najlepsze formy rekreacji po godzinach siedzenia przed monitorem i wypisywania bredni.
Sport: to zdrowie, jak mawiają. I chyba mają rację. Jazda na rowerze + pływanie + chodzenie po górach + turlanie się z góry w pokrzywy to najlepsze formy rekreacji po godzinach siedzenia przed monitorem i wypisywania bredni.
Wiosna zaczyna pukać do Polski, tyle że jeszcze nieco nieśmiało (dziś rano był mróz, a wczoraj śnieg). Zastanawiam się od paru dni, jak zacząć aktywnie pożytkować słoneczną pogodę i ciepłe tygodnie, które nadejdą już niedługo. Przez zimę i w ogóle pierwszy semestr za dużo się nie produkowałem. Ot, tyle co przez półtorej godziny wychowania fizycznego, paru prostych ćwiczeń wieczorem i spacerów na tramwaje. Trzeba więc będzie odbudować formę.
Obserwując w poniedziałkowe popołudnie przygotowania do wyjazdu na narty, zadałem egzystencjalne pytanie: "Ej, a tam w górach to w ogóle jest jakiś śnieg?" Pojechaliśmy, popatrzyliśmy i faktycznie, był. Nawet w takiej ilości, że można było przespacerować się po lesie i obejrzeć wspaniałą zimę, której nie przeszkadzały częste dodatnie temperatury.
Jeśli Zidane naprawdę chciał odejść z hukiem, udało mu się to znakomicie, tyle że w negatywnym odcieniu. Kibice wyrażają swoje oburzenie z powodu przegranej i takiego zachowania... wychodząc na ulicę robić demolkę. We Włoszech zwycięstwo było wspaniałą okazją do wywołania starć z policją. Tak kończy się mundial, który przechodzi do historii jako "zdobywca" największej liczby czerwonych kartek od początku istnienia tej imprezy. Czy emocje pozytywne czy negatywne, efekt jest zawsze ten sam: ból, zniszczenia. Czy naprawdę sport musi zamieniać się w taką rynsztokową przepychankę?
Obudziłem się dziś, jak zawsze, kilkanaście minut po szóstej. Mój wzrok już na początku skierował się ku roletom, które nie żarzyły się jasnym światłem słonecznego poranka. Zaniepokojony zerwałem się i czym prędzej podniosłem fragment, by na własne oczy przekonać się o sytuacji. Spodziewałem się najgorszego: deszczu, ale nie było tak źle. Złota tarcza słońca była już dość wysoko na niebie, tylko całe niebo pokryte było jakąś delikatną chmuromgłą i stąd brak jaskrawości. Skoro wszystko okazało się być w najlepszym porządku, wiedziałem już, że to jest ten dzień - dzień pierwszej tegorocznej wyprawy rowerowej.
I nastał dzień, wieczór i poranek. I pojechałem do kościoła w Stalowej Woli na rekolekcje i z nich wróciłem, po drodze zaliczając salę informatyczną. Na niebie pełno szarych chmur, co w połączeniu z brakiem śniegu na ulicach oznaczało tylko jedno: czas rozpocząć tegoroczny sezon rowerowy. Pojazd był już ostatnio kilka razy w użyciu, lecz bardziej z przymusu dostania się szybko w określone miejsce. Przecież wiadomo, że nie ogłasza się nowego sezonu z rowerem, na którym było więcej błota, aniżeli oryginalnej czerni.
Godzinę temu wróciliśmy z zimowego wyjazdu w góry, cali i zdrowi. Tym samym z powrotem wracam do regularnego pisania na Zyxist.com, zwłaszcza że przez tych kilka dni wpadłem na parę niezłych pomysłów na wpisy. Może jednak zostawmy te dywagacje i skupmy się na samym pobycie.
Jutro z samego rana zaczynam zimowy wypad w góry na narty. Przede mną pięć dni śnieżnego szaleństwa na nartach... no, może nieco przesadziłem. Szaleć nie będę, by się nie pozabijać. Wybieram się w okolice Piwnicznej, gdzie dwa lata temu odkryliśmy kilka niezłych stoków w sam raz na nasze możliwości. Jak ktoś chce więcej, wystarczy pojechać w lewo, zamiast w prawo i lądujemy na słynnej Wierchomli. Na dodatek za rogiem Słowacja... żyć nie umierać. Trzymajcie kciuki, bym wrócił cały :).