Moje Camino - część 4

Byłem w połowie drogi. Pokonawszy trudności fizyczne, moje ciało przywykło już do wędrówki, diety i rytmu życia pielgrzyma. Przede mną leżało centrum Asturii, prowincji, od której swój początek wzięła współczesna Hiszpania i Portugalia. Mieszkańcy tego wąskiego zdatnego do zamieszkania pasa lądu wciśniętego pomiędzy morze, a góry, jako jedyni oparli się najazdowi Maurów w latach 711-722, a następnie rozpoczęli powolne odbijanie półwyspu z ich rąk. Na przełomie VIII i IX wieku na terenie dzisiejszego Santiago odkryto grób Św. Jakuba Apostoła, a Król Asturii Alfonso II Cnotliwy podjął się jednej z pierwszych udokumentowanych pielgrzymek drogą, która dzisiaj znana jest jako Camino Primitivo i rozpoczyna się w stolicy, Oviedo. Tam też znajduje się katedra San Salvador (Św. Zbawiciela), nawiedzana w Średniowieczu przez większość pielgrzymów idących do Santiago. To właśnie tamtędy prowadzi moja pielgrzymka.

Połowa drogi to także moment, kiedy zaczyna powoli mijać początkowa ekscytacja Camino. Poczucie “odkrywania czegoś nowego” znika, a na pierwszy plan wysuwa się coraz bardziej irytująca codzienna rutyna. To jest moment, kiedy albo Ty pokonasz Camino i zwyciężysz, albo ono pokona Ciebie. Spodziewałem się tej walki jeszcze przed przyjazdem do Hiszpanii i jej nadejście nie było dla mnie zaskoczeniem… jednak wiedzieć, że nadchodzi przeciwnik to jedno, a drugie - to wygrać z nim.

Dzień 16: Sebrayo - Deva (Gijón) (29,9 km)

Krótko po opuszczeniu Sebrayo wkroczyłem do miasta Villaviciosa, stolicy hiszpańskiego cydru. Miasto otoczone jest sadami jabłkowymi i licznymi destylarniami mijanymi po drodze. W tym miejscu pielgrzymi muszą podjąć ważną decyzję: dokąd iść dalej. Za miastem w pewnym momencie widoczny jest kamienny monolit z dwoma błękitnymi muszelkami. Górna, wskazująca “na wprost” kieruje nas bezpośrednio do Gijón, zaś dolna - w lewo ku Oviedo i Camino Primitivo. Z Oviedo wciąż możemy wrócić na Camino del Norte, ale potrzebujemy wtedy dodatkowego dnia drogi na przebycie odcinka do Aviles. Ja poszedłem prosto, co pociągało za sobą konieczność wspięcia się na dwie dość wysokie góry. Okrążyłem skrzyżowanie autostrad A-8 i A-64 i rozpocząłem podejście wąską, asfaltową drogą oraz ścieżkami. W tym miejscu trasa Camino pokrywa się z innym pieszym szlakiem, Camino de Covadonga wiodącym do miejsca pierwszej (zwycięskiej) bitwy hiszpańskiej rekonkwisty. Jest on również oznaczony strzałkami, ale wskazującymi przeciwny kierunek i mającymi inny kolor.

Niestety, etap ten nie prowadzi bezpośrednio do Gijón. Albergue znajduje się kilka kilometrów od granic miasta w okolicach wsi Deva, na kempingu, gdzie kilka domków przeznaczono na potrzeby pielgrzymów. Chcącym zwiedzić miasto, pozostaje autobus. Zaletą lokalizacji jest wyposażenie kempingu. Mamy tu do dyspozycji duże łazienki, pralnię, suszarnię oraz restaurację, w której możemy zjeść całkiem niezły obiad. Domki mają oświetlenie i gniazdka elektryczne.

Camino del Norte

Rozwidlenie szlaku

Dzień 17: Deva - Gijón - Aviles (33,3 km)

Kolejny etap jest bardzo zróżnicowany, bowiem trafić tu można zarówno na odcinki poprowadzone ulicami wielkiego miasta, jak i przez lasy i pola. Droga początkowo wiedzie przez przedmieścia, skąd na horyzoncie widać Gijón oświetlone promieniami porannego słońca. Po godzinie wędrówki dotarłem do rzeki Piles, która zaprowadziła mnie na brzeg morza. Centrum miasta rozlokowane jest wzdłuż dwóch ogromnych plaż, pomiędzy którymi znajduje się niewielki, wcinający się w morze półwysep ze średniowieczną zabudową i wieżą katedry. Zajrzałem do niej, a moją uwagę przykuła krzątająca się grupka ludzi. Zorientowałem się, że przygotowują oni mszę świętą, co było o tyle nietypowe, iż była to sobota. W Hiszpanii tymczasem ciężko trafić na mszę świętą nawet w niedzielę, a co dopiero w trakcie tygodnia, o tym jednak za chwilę. Niewiele myśląc usiadłem w ławce, a po mszy udałem się po pieczątkę do paszportu pielgrzyma służącego do dokumentowania pielgrzymki i uprawniającego do odebrania w Santiago tzw. composteli poświadczającej ukończenie Camino. Pieczątki można zdobyć w alberges, w barach, parafiach i radach miast, a w teorii należy mieć przynajmniej dwie z każdego etapu.

Za centrum szlak prowadzi niemal prosto do przemysłowej części miasta, gdzie zaczyna trochę kluczyć, prowadząc raz chodnikiem, raz przez jakieś krzaki i boczne uliczki. Wszedłem na porośnięte lasem wzgórze, skąd roztacza się panorama całego Gijón. Po drugiej stronie krajobraz zmienił się nie do poznania. Miejsce ulic, apartamentowców i samochodów zajęły pola i porozrzucane gospodarstwa rolne. Wypatrywałem w nich hórreos, charakterystycznych asturyjskich spichlerzy umieszczonych na kamiennych podporach, które uniemożliwiały myszom dostanie się do zapasów. Niestety, końcówka etapu to męczący marsz przez kilka kilometrów wzdłuż drogi prowadzącej do Aviles. Albergue mieści się na podwórzu jednej z kamienic przy Av. de Cervantes, o kilka kroków od Starego Miasta.

Od Santander aż do tej pory wędrowałem razem z Ellie’m, amerykańskim studentem. Większą część etapów pokonywaliśmy osobno, umówiwszy się wcześniej, w którym albergue kończymy. Tutaj jednak nasze drogi miały się rozejść. Następnego dnia Ellie chciał zakończyć etap w El Pito, zaś ja - 10 kilometrów dalej, mieliśmy więc okazję, by posiedzieć w knajpie i wypić pożegnalne piwo. Adio, amigo!

Camino del Norte

Poranna panorama Gijón

Dzień 18: Aviles - Soto de Luiña (40,9 km)

Od tego miejsca etapy zaczęły robić się trudniejsze. W tej części Asturii góry podchodzą dużo bliżej wybrzeża. Zamieszkały pasek lądu położony jest wyżej, a erozja poszatkowała go głębokimi dolinami rzecznymi, co zmusza do częstych marszów w górę i w dół. Nagrodą są jednak krajobrazy, przynajmniej gdy uda się trafić z pogodą. Miałem tu jednak jeszcze jedno wyzwanie. Nadeszła niedziela i trzeba było nie tylko dotrzeć do albergue, ale o odpowiedniej porze minąć czynny kościół, by mieć możliwość uczestnictwa w mszy, co w Hiszpanii nie jest łatwe. W większości kościołów odprawiana jest tylko jedna msza, przeważnie o godzinie 12:00, zaś w mniejszych miejscowościach, gdzie jeden ksiądz obsługuje kilka parafii może się nawet okazać, że msza odbywa się np. co drugi tydzień. Do tej pory udawało się to całkiem nieźle, jednak gdy spojrzałem na schemat tego etapu w przewodniku, pomyślałem, że tym razem pozostaje mi albo cud, albo bardzo długie oczekiwanie. Symbol świątyni zaznaczony był jedynie na początku i na końcu, natomiast pośrodku, gdzie spodziewałem znaleźć się po 4 godzinach wędrówki, nie było nic…

Szedłem przez lasy i wioski. Minąwszy kolejny kościół, gdzie msza miała odbyć się dopiero za jakiś czas, postanowiłem przyspieszyć do maksymalnej prędkości, licząc że może uda mi się dotrzeć przed 12:00 do kolejnego, a jak nie - przynajmniej będę mógł powiedzieć, że próbowałem. Wspiąłem się na górę i ruszyłem drogą gruntową przez lesisty teren. Minęła mnie grupka jeźdźców konnych, a chwilę później zobaczyłem… najprawdziwsze znaki drogowe przy polnej drodze. Co to za porąbany kraj, zapytałem sam siebie, sklepów nie ma, kościołów nie ma, i jeszcze znaki drogowe w środku lasu stawiają. Kawałek dalej las się skończył, odsłaniając widok na rozległą dolinę rzeki. Szedłem za strzałkami i wdrapałem się na położone na wzgórzu miasteczko Soto del Barco. Nagle z drogi wypatrzyłem strzelistą wieżyczkę jakieś 500 metrów ode mnie. Była 11:40 - czyżby to była moja szansa? Kościół znajdował się przy rynku, na którym odbywało się jakieś święto. Zasięgnąłem języka i mój cud nadszedł. Msza rozpoczęła się o 12:30 i wmurowała mnie w ziemię. Kościół był nabity po brzegi. Koncelebra, komplet czytań, kazanie! Gdy wychodziłem, zaczepił mnie jakiś starszy Hiszpan i uradowany podziękował mi, że przyszedłem, “bo przecież tu nie ma strzałek”. Spotkała mnie tego dnia jeszcze jedna miła niespodzianka. Ruszyłem szybkim marszem, aby pokonać pozostałe 20 kilometrów. W El Pito dogoniłem Ellie’a, który miał właśnie wejść do hostelu, zatem była okazja, aby się ostatecznie pożegnać.

Camino del Norte

Widoczne ze szlaku miasteczko San Juan de la Arena u ujścia rzeki Nalón

Dzień 19: Soto de Luiña - La Almuña (38,0 km)

Poprzedniego wieczoru, w Soto de Luiña hospitaliero (wolontariusz opiekujący się alberge) zwołał wszystkich pielgrzymów do sali i rozłożył na stole kilka wydrukowanych zdjęć satelitarnych z zaznaczonym na nim krętym szlakiem. Nakazał uważne słuchanie i powiedział, abyśmy do odległego o 20 km Cadavedo nie szli zgodnie z oficjalnym przebiegiem Camino, który miał być źle wytyczony i prowadzić w jakieś krzaki ;). Miejscowe stowarzyszenie wytyczyło alternatywną trasę biegnącą wzdłuż morza, przez kilka wiosek i sześć dolin rzecznych. Postanowiłem spróbować, porobiłem zdjęcia trasy i rano ruszyłem w drogę. Było całkiem malowniczo i różnorodnie, ale efekt psuła trochę pogoda i panujący chłód. W Cadavedo zrobiłem niezbędne zakupy i zjadłem posiłek. Etap się tutaj wypłaszcza na pewien czas, by przed rzeką Esva zejść w kolejną głęboką dolinę, a później z niej wyjść (niestety głównie asfaltową drogą). Wielu pielgrzymów ciągnie do leżącej nad morzem wsi Luarca reklamowanej jako “najpiękniejsza wioska w Hiszpanii”, jednak opcje noclegowe ograniczają się tam do drogich pensjonatów i prywatnego albergue. Alternatywą jest państwowe alberge La Almuña, położone niestety o kilka kilometrów na południe od szlaku (!). Gdy do niego dotarłem, zastałem drzwi zamknięte na głucho i zostawioną karteczkę z numerem telefonu do hospitaliero. Okazał się nim być niezwykle uczynny młody chłopak, jeżdżący wszędzie na rowerze. W albergue byłem tej nocy kompletnie sam, a po przestudiowaniu książki gości zorientowałem się, że pielgrzymi zahaczają o nie tylko raz na kilka dni. W albergue zepsuł się bojler do podgrzewania wody i hospitaliero wychodził z siebie, aby do wieczora go naprawić, poczęstował mnie też kawą i mlekiem z własnych zapasów. Pewien problem stanowiło dogadanie się, ponieważ mówił wyłącznie po hiszpańsku. To był jeden z tych momentów, kiedy bardzo mi było szkoda, że nie znam tego języka lepiej.

Pomimo tego, że wynajęty technik pracował do późnych godzin nocnych, rano ciepłej wody wciąż nie było. Zebrałem się więc, a gdy już miałem wychodzić, w drzwiach zjawił się hospitaliero i oznajmił mi, że za kilkanaście minut będę miał już ciepłą wodę, ponieważ właśnie załączył bojler. Widząc jego starania było mi głupio tak po prostu wychodzić. Zostałem więc, opłukałem się i podziękowałem mu za gościnę. Może i La Almuña jest na uboczu, ale obsługa jest tu na najwyższym poziomie.

Camino del Norte

Nadmorski krajobraz zachodniej Asturii

Dzień 20: La Almuña - La Caridad (33,8 km)

Etap ten wygrał w moim osobistym plebiscycie na najnudniejszy etap na Camino, jednak nie ze względu na krajobrazy. Właściwie przy ładnej pogodzie mogłyby one nawet zachwycać. Po prostu to tutaj dopadła mnie z całą siłą rutyna. Szedłem, szedłem i szedłem… pole, wioska, las, pole, wioska, las, góra, pole, wioska, las… i tak przez 33 kilometry. Jedynego wytchnienia dostarczyło przejście przez miasteczko Navia. W pewnym momencie zacząłem liczyć do 3600 (liczba sekund w godzinie), ale po dojściu do 800 stwierdziłem, że to jeszcze nudniejsze niż wędrówka, dlatego postanowiłem prześpiewać cały repertuar muzyczny, jaki tylko pamiętam. I tak szedłem i śpiewałem i nagle wyszedłem ścieżką wprost na pachnące nowością albergue w La Caridad. Ufff… do końca jeszcze tylko siedem dni marszu…

Camino del Norte

Horreos, czyli charakterystyczne asturyjskie spichlerze na kamiennych kolumnach

Wcześniejsze odcinki:

Następne odcinki: