Moje Camino - część 3

Idąc do Santiago, trzeba być przygotowanym na niespodzianki - tego nauczyła mnie Kantabria. Leżąc w albergue w Santander, obmyślałem plan awaryjny na wypadek gdyby zdrowie jednak nie bardzo chciało powrócić, tym bardziej że przede mną był kolejny 40-kilometrowy etap. Do celu wciąż pozostawało kilkaset kilometrów. Jeśli wyprawa miała się udać, musiałem wyciągnąć wnioski z dotychczasowych etapów i nie poddawać się. Oto kolejna część przygody na Camino del Norte, w której spróbuję dotrzeć w okolice Villaviciosy, niedaleko Gijon.

Dzień 10: Santander - Santillana del Mar (40,9 km)

W tym etapie opuszczamy aglomerację Santander, zaś naszym celem jest Santillana del Mar, pięknie zachowane miasteczko ze średniowieczną zabudową, gdzie jeszcze 20-30 lat temu na parterach kamiennych domów hodowano bydło i kury. Etap nie byłby aż tak długi, gdyby nie rzeka Pas, która w pewnym momencie przecina nam drogę. Najbliższy most dla pieszych znajduje się kilka kilometrów na południe od szlaku. Najpierw idziemy jednym brzegiem, a później wracamy drugim, widząc po prawej stronie drogę, którą szliśmy 2 godziny wcześniej. Ryzykanci próbują ścinać trasę, przeprawiając się mostem kolejowym, ale jest to bardzo niebezpieczne ze względu na duży ruch pociągów. W Santillana spotkałem takiego pielgrzyma, który opowiedział mi o swoim sprincie, gdy w połowie mostu usłyszał syrenę pędzącej lokomotywy… Odpoczynek w Santander okazał się skuteczny. Choć rano czułem jeszcze resztki osłabienia, objawy ustąpiły w przeciągu pierwszej godziny i mogłem bez problemu iść dalej.

Jak to w Kantabrii, cały etap prowadzi asfaltowymi drogami. Na dokładkę pomiędzy wioską Mogro, a Requejadą jest kiepsko oznakowany. Strzałki w pewnym miejscu wyprowadziły mnie drogą CA-325 w kierunku północnym, po czym po prostu znikły. Ponieważ było to na wzgórzu i doskonale widać było cel, postanowiłem pójść na azymut i w ten sposób po 2 kilometrach odnalazłem szlak. Idąc sobie chodnikiem, dostrzegłem siedzącego na ławce młodego chłopaka studiującego uważnie mapę. Obok niego leżał duży, zielony plecak. Skojarzyłem go z albergue z Santander, podszedłem i zapytałem się czy się nie zgubił. Tak poznałem Elliego, studenta z USA, który dopiero co zaczął swoje Camino. Planował zakończyć etap w Requejadzie, nie będąc pewnym swoich sił, ale namówiłem go, by doszedł ze mną aż do Santillany. Nasza wspólna wędrówka miała potrwać jeszcze 8 dni.

Camino del Norte

Poranek w Santillana del Mar

Dzień 11: Santillana del Mar - Comillas (21,9 km)

Rano w Santillana przywitało nas piękne słońce, pierwszy prawdziwie słoneczny i ciepły dzień na Camino. Była to niedziela i postanowiłem pójść na poranną mszę w kolegiacie, zaś popołudnie wykorzystać na wypad na plażę. Ellie z kolei był trochę zmęczony z powodu dystansu zrobionego dnia poprzedniego, dlatego umówiliśmy się na nocleg w odległym o zaledwie 20 km miasteczku Comillas. Etap zachwycał widokami i nawet fakt, że ponownie szliśmy wyłącznie asfaltem nie mógł tego zepsuć. Z prawej strony zza wzgórz co chwilę widoczne było morze, zaś po lewej strzelały w niebo ośnieżone szczyty Picos de Europa sięgające 2500 metrów. W jednej z wiosek spotkałem młodą dziewczynę z Austrii, która wędrowała Camino razem ze swoim ojcem. Była niezwykle ucieszona, że wreszcie może porozmawiać z kimś w języku innym niż niemiecki. Wstąpiliśmy na piwo do jednego z miejscowych barów, by się trochę ochłodzić, po czym ruszyliśmy powoli w dalszą drogę. W pewnym momencie poczułem delikatny ból mięśnia w okolicach prawej kostki. Początkowo niewielki, zaczął nasilać się z każdym kilometrem. Zostałem z tyłu i spróbowałem rozmasować go sobie, jednak pogorszyło to tylko sprawę. Nie byłem w stanie już dalej iść w sandałach - Kantabria znowu przypomniała o sobie i zażądała kolejnej “opłaty za przejście”. Zażyłem tabletkę przeciwzapalną i ubrałem buty trekkingowe stabilizujące kostkę, ryzykując otarcia i bąble. Pomogło na tyle, że byłem w stanie iść i dotrzeć o własnych siłach do Comillas. Szkoda mi było kolejnego dnia straconego na leżeniu w albergue, dlatego mimo problemów postanowiłem jednak pójść na plażę. Tam spotkał mnie kolejny pech. Po jakiejś godzinie zawiał zimny wiatr, a nad miasto nadciągnęły chmury. Temperatura znacząco spadła i trzeba się było szybko zwijać…

Camino del Norte

Picos de Europa

Camino del Norte

Pod kościołem w Cobrences

Dzień 12: Comillas - Serdio (20,2 km)

Nieoczekiwany problem z nogą zmusił mnie do skrócenia następnego etapu ponownie do około 20 kilometrów, gdyż wiedziałem że tyle jestem w stanie przejść po asfalcie w butach trekkingowych bez ryzyka powstania odcisków. Jednak dzięki temu wędrówka z Elliem mogła trwać nadal. Umówiliśmy się na kolejny nocleg w Serdio i każdy z nas wystartował osobno. W połowie drogi znajduje się malownicze nadmorskie miasteczko San Vincente de la Barquera, a prowadzą do niego dwie drogi. Dłuższa wiedzie wzdłuż dwóch plaż, zaś krótsza przez zielone wzgórza i niewielkie wioski w bardziej w głębi lądu. Do miasta wchodzimy przez imponujący kamienny most nad zatoką. Polecam przespacerować się trochę po wąskich uliczkach i wspiąć się na wzgórze z kościołem, skąd roztacza się widok na okolicę.

W mieście dogoniłem Elliego i dalej szliśmy już razem. W pewnym momencie ujrzeliśmy pielgrzymującą parę. On niósł plecak, zaś ona na plecach miała… dziecko! Zdumieni podeszliśmy i zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że nasi rozmówcy byli młodym małżeństwem. Ona pochodziła z Kalifornii, on był Hiszpanem, a na plecach “wędrował” z nimi ich półroczny synek. Zatrzymywali się w pensjonatach, aby móc spokojnie zajmować się dzieckiem i nie przeszkadzać innym pielgrzymom. Był to wspaniały przykład, że nawet z małymi dziećmi jesteśmy w stanie realizować swoje pasje i marzenia.

Około 13:00 znaleźliśmy się w Serdio. Albergue urządzone było na piętrze starej szkoły i posiadało 16 łóżek. Hospitalierą była właścicielka miejscowej restauracji ozdobionej motywami z Camino. Byliśmy pierwsi i musieliśmy chwilę zaczekać na otwarcie albergue, jednak mieliśmy dużo czasu na odpoczynek. Kolejni pielgrzymi pojawili się dopiero późnym popołudniem. Zobaczywszy ich, Ellie wziął mnie na bok i powiedział: słuchaj, ten gruby gość w tej grupie strasznie chrapie. Byłem z nim w pokoju w Comillas i nie zmrużyłem oka przez prawie całą noc. Cóż, do tej pory chrapanie innych mi nie przeszkadzało, więc odparłem, że zobaczymy, może nie będzie tak źle. Myliłem się… noc była straszna. Nie pomogły zatyczki do uszu, a wibracje w podłodze od chrapania słyszałem nawet gdy o 4:00 rano przeniosłem się spać na podłogę do kuchni. Obudziłem się około 6:00 rano, okropnie zmęczony. Wróciłem szybko na łóżko, by nie robić wstydu i gdy tylko pozostali pielgrzymi zaczęli dawać oznaki życia, błyskawicznie się ubrałem, przegryzłem coś i wystrzeliłem przed siebie, by ta ekipa już nigdy mnie nie dogoniła…

Camino del Norte

Uliczki San Vincente de la Barqueda

Dzień 13: Serdio - Llanes (35,2 km)

Maszerowałem najszybciej, jak tylko się dało, dopóki nie stwierdziłem, że mam nad moim nemesis wystarczającą przewagę. W międzyczasie minąłem granicę Kantabrii z Asturią i niemal natychmiast charakter szlaku zmienił się nie do poznania. Zamiast asfaltu, Camino zaczęło kluczyć gruntowymi drogami. Za miejscowością La Franca idziemy przez las pomiędzy autostradą, a drogą N-634, do której w pewnym momencie dobijamy. Dokładna obserwacja strzałek pozwoli nam dostrzec początek alternatywnego wariantu trasy. Przecinając drogę i linię kolejową, wkraczamy na zielone pastwiska i klify ciągnące się przez wiele kilometrów. Był to jeden z najpiękniejszych odcinków na całej Drodze Św. Jakuba i nie zepsuła tego nawet dość pochmurna pogoda.

W Pendueles możemy uzupełnić zapasy, zatrzymać się na posiłek lub w ogóle przenocować w tutejszym albergue. Kontynuowałem jednak marsz wzdłuż klifów. Z Elliem mijaliśmy się kilkakrotnie, aż w końcu zrównaliśmy nasze tempo i pogrążyliśmy się w rozmowie. Na samym końcu etapu czekało na nas wyzwanie - nad Andrín wznosiła się wysoka góra sięgająca kilkuset metrów nad poziom morza, która oddzielała nas od Llanes. Szlak prowadził tuż poniżej jej grzbietu, zapewniając widoki na morze oraz leżące w dole miasto. Tam znajdowało się albergue, ulokowane w budynku stacji kolejowej.

Camino del Norte

Witamy w Asturii!

Dzień 14: Llanes - Ribadesella - San Esteban (35 km)

Naszym celem na kolejny dzień była odległa o 30 kilometrów Ribadesella, nadmorskie miasteczko z niewielkim portem rybackim. Ponownie wyruszyliśmy niezależnie od siebie. Szlak w Asturii jest bardzo dobrze oznaczony przy pomocy strzałek oraz płytek z muszelką, dlatego trzeba się postarać, aby się tutaj zgubić. Na tym odcinku wędrujemy trochę po gruntowych drogach, trochę po asfalcie, trochę przez pola, trochę przez wioski, mając tradycyjnie morze z prawej, a góry z lewej. Szło mi się bardzo dobrze i dotarłem do celu równo po 6 godzinach. Powłóczyłem się po mieście zachwycony jego architekturą, po czym wybrałem się na poszukiwanie albergue. Wiedziałem, że ma znajdować się ono w pobliżu plaży leżącej na drugim brzegu rzeki. Przeszedłem ją w jedną stronę, w drugą i nic. Nagle dostrzegłem znajomego pielgrzyma siedzącego na ławce. Wskazał mi on budynek albergue i oznajmił, że zostało ono… zlikwidowane! Kolejna możliwość noclegu znajdowała się 5 kilometrów dalej, w wiosce San Esteban. Była pora sjesty, więc nie było szans na zrobienie jakichkolwiek zakupów. Udało mi się jedynie zjeść jakiegoś burgera w miejscowym barze i ruszyłem w dalszą drogę.

Albergue w San Esteban mieści się na wzgórzu, w budynku starego klasztoru. Zebrali się tu wszyscy, którzy próbowali przenocować tego dnia w Ribadeselli. Był Ellie i ja, kilkoro Austriaków i kilkoro Włochów. Mentalnie przygotowywałem się na głodowy wieczór. W albergue był jedynie automat z napojami, a najbliższy sklep odległy był o przynajmniej godzinę marszu. Tu przekonałem się jednak, że cuda się zdarzają. Isabelle zniknęła na dwie godziny i wróciła obładowana produktami spożywczymi i butelkami wina. Jeden z Włochów okazał się być zawodowym kucharzem i tak oto na starym, przyklasztornym podwórku zrobiliśmy wielką ucztę w promieniach zachodzącego słońca.

Camino del Norte

Camino w Asturii często wiedzie polnymi drogami

Camino del Norte

Ribadesella

Camino del Norte

Obiad w albergue w San Esteban

Dzień 15: San Esteban - Sebrayo (29,3 km)

Pierwsza część kolejnego etapu to malownicze nadmorskie odcinki biegnące wzdłuż klifów i schowanych pomiędzy nimi plaż. Dzień zaczął się od słonecznego poranka, jednak na zachodzie przede mną kłębiła się ogromna, ciemna chmura. Przyniosła ona ulewny deszcz, który towarzyszył mi przez resztę drogi. Za El Barrigón zgubiłem szlak na jakimś przydrożnym parkingu i postanowiłem przejść na azymut. Skończyło się na przeprawie przez czyjeś pole, tonąc w mokrym zbożu, jednak szlak odnalazłem. Na trasie mijamy jedno miasteczko, Colunga, gdzie warto zatrzymać się na zakupy w supermarkecie; ogólnie moje spostrzeżenie jest takie, że sklepy w Hiszpanii znajdują się tylko w miastach, dlatego konieczne jest planowanie z wyprzedzeniem. Jeżeli chcesz zatrzymać się w jakiejś wiosce, należy kupić jedzenie wcześniej i je tam sobie donieść.

Sebrayo to jedno z nielicznych państowych albergue, gdzie pielgrzymi mają do dyspozycji kuchnię. Razem z Elliem zakupiliśmy trochę mięsa i makaronu, aby ugotować sobie jakiś konkretniejszy posiłek. Na miejscu okazało się jednak, że w albergue zatrzymała się znana już nam ekipa Włochów, która również przyniosła ze sobą dużo jedzenia i przygotowała dla wszystkich pielgrzymów ogromny, włoski obiad. Chcąc nie chcąc, zjedliśmy oba :).

Camino del Norte

San Esteban o poranku

Camino del Norte

Nadmorska część drogi do Sebrayo

Wcześniejsze odcinki:

Następne odcinki: